Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W Polsce do tej pory o ujemnym oprocentowaniu depozytów się nie mówiło. Słyszymy, że jakiś niemiecki bank każe klientom dopłacać za trzymanie w nim pieniędzy albo że w Szwajcarii banki pożyczają sobie pieniądze już na minus 1 proc. w skali roku. Ale wydaje nam się, że są to bajki o żelaznym wilku. Już sam fakt, że zarabiamy na lokacie np. 2,5 proc., podczas gdy jeszcze trzy lata temu oprocentowanie wynosiło 6 proc. w skali roku, uznajemy za skandal.

Niestety, w Polsce mamy już przykład banku, który każe dopłacać klientom za trzymanie w nim oszczędności. I to nie byle jakiego banku - taką politykę stosuje PKO BP, największy powiernik pieniędzy polskich ciułaczy. PKO nigdy nie płacił szczególnie dużo za depozyty i konta oszczędnościowe, ale to, co zrobi już za kilka dni, od 1 lutego, uznaję za jawne wypowiedzenie wojny posiadaczom oszczędności.

Bank od początku lutego drastycznie ścina oprocentowanie swoich kont oszczędnościowych, zarówno tego standardowego, jak i "Konta oszczędnościowego Plus". Do tej pory klientom naliczano oprocentowanie w wysokości 1 proc. w skali roku, co trudno uznać za szczególną atrakcję, biorąc pod uwagę, że większość konkurentów płaci 1,5-2 proc. Teraz oprocentowanie skurczy się do 0,3 proc. brutto, czyli przed opodatkowaniem "Belką".

Jedyny bank z abonamentem

Byłbym skłonny przyjąć tę "zniewagę" do wiadomości i poskromić się od złośliwego komentarza (ani to pierwszy, ani ostatni bank, który obniża swoje stawki do żałosnego poziomu), gdyby nie fakt, że PKO BP jest jedynym znanym mi bankiem, który pobiera od klientów abonament za posiadanie konta oszczędnościowego. Nie jest on wysoki, raptem 1 zł miesięcznie, ale i tak jest to dziwactwo na polskim rynku finansowym. Konkurenci, owszem, mają wysokie opłaty za przelewanie pieniędzy z kont oszczędnościowych na ROR (drugi przelew tego typu w każdym miesiącu kosztuje 5-9 zł), ale nie każą sobie płacić za samo prowadzenie konta oszczędnościowego.

Zmiany oprocentowania proponowane od lutego przez PKO BP w powiązaniu z opłatą abonamentową oznaczają, że duża część posiadaczy konta oszczędnościowego nie tylko nie dostanie żadnych odsetek, ale wręcz będzie musiała dopłacać bankowi za posiadanie pieniędzy. Mając na koncie oszczędnościowym 1000 zł, klient dostanie po miesiącu 0,25 zł odsetek, od czego bank odciągnie jeszcze 0,05 zł podatku Belki. Na czysto zostanie 0,2 zł. A opłata za prowadzenie rachunku oszczędnościowego wyniesie 1 zł. De facto oznacza to, że klient będzie "cieszył się" ujemną stopą oprocentowania swoich oszczędności. Co miesiąc będzie mu ubywało 0,8 zł, a w skali roku - jakieś 10 zł. Czyli osiągnie niecały jeden procent straty.

Poziom, przy którym klient przestaje dopłacać do interesu, trzymając pieniądze na koncie oszczędnościowym w PKO BP, wynosi 5 tys. zł. Dopiero przy takim saldzie dopisane odsetki minus pobrany podatek zrównoważą się z abonamentem za posiadanie konta. Bank wspaniałomyślnie zaznacza w taryfie opłat i prowizji, że jednozłotowa "opłata nie jest pobierana, jeżeli saldo rachunku jest niższe niż wymagana kwota opłaty". A więc od zera ujemnego procentu nie naliczą. Uff, co za ulga...

Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra ". W tym numerze:

10 grzechów porównywarek cen. Jak z nich korzystać?

 Prześwietlamy ciążowe pakiety medyczne: Ciąża jest droga

Jak ciężko spiąć domowy budżet, mając 14 tys. zł na rękę

Czy banki musiały mieć franki?

Co rząd chce dać frankowiczom?




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.