Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W bliżej nieokreślonej przyszłości po pomoc wyciągną rękę także obecni złotowi kredytobiorcy, którzy dziś zaciągają kredyty przy najniższych w historii stopach procentowych, mając największą w historii zdolność kredytową. Dam głowę, że większość z nich nie zastanawia się nad tym, co będzie, gdy stopy procentowe kiedyś pójdą w górę, a ich raty skoczą np. o 30-40 proc. Niektórzy nie będą mieli pieniędzy, żeby tym wyższym ratom sprostać. Oni też przyjdą do banków, twierdząc, że zostali oszukani i że banki źle zbadały ich zdolność kredytową.

Bankowcy oczywiście będą pukać się w głowę i - tak jak dziś w przypadku frankowiczów - udowadniać, że klienci wiedzieli, w co się pakują, bo nikt ich nie zmuszał do zadłużania się "pod korek".

Co zrobić, żeby wyrwać się z kręgu tych wzajemnych pretensji? Jest pewien prosty sposób, ale nikt się nim dziś nie zajmuje, bo wszyscy są urobieni po pachy pomaganiem frankowiczom. A tu wystarczyłoby napisać prostą ustawę, która ograniczałaby odpowiedzialność kredytobiorców hipotecznych za długi tylko do wysokości wartości nieruchomości, która jest zabezpieczeniem kredytu. Dziś zabezpieczeniem jest nieruchomość, ale tak naprawdę dług jest od jej wartości oderwany. Jeśli wartość zadłużenia z jakichś przyczyn urośnie bądź też wartość nieruchomości spadnie, to klient musi zorganizować więcej pieniędzy. W ostateczności bank sprzeda jego nieruchomość, ale resztę długów i tak będzie ściągał z pensji lub innego majątku dłużnika.

Bankowy hazard z hipotekami

Gdyby było tak, jak jest w USA, gdzie odpowiedzialność kredytobiorcy za dług hipoteczny jest ograniczona do wartości hipoteki, to pewnie nikt by nawet nie wpadł na oferowanie klientom kredytów w obcej walucie. Ryzyko dla banków byłoby zbyt duże. Ale ponieważ przy polskim stanie prawa ryzyko walutowe można było przerzucić na klientów, to nikt się takimi drobiazgami nie przejmował. Czas się wreszcie przejąć. Nie tylko ja tak uważam.

Jeden z czytelników pisze:

- Po co wymyślać jakieś dofinansowania, dodatkowe kredytowania, przewalutowania, przeliczenia, algorytmy, odpisy podatkowe, Bóg jeden wie, co jeszcze, kiedy można ograniczyć wysokość zadłużenia hipotecznego do wartości nieruchomości? I nagle się okaże, że to bankom będzie zależało na wypłacalności kredytobiorcy. To bankom będzie zależało na pomaganiu klientom w wychodzeniu z zadłużenia. To banki będą porządnie analizowały zdolność kredytową nowych klientów i analizowały rynek nieruchomości przy udzielaniu nowych kredytów. I w końcu to banki będą równo partycypowały w ryzyku, które wiąże się z tym interesem - pisze czytelnik.

Co racja, to racja. Podział ryzyka jest w takim układzie symetryczny i wszystkim zależy tak samo, żeby klient się nie przewrócił. Przynajmniej w teorii, bo przecież w krajach anglosaskich, w których takie ograniczenie odpowiedzialności klienta za długi obowiązuje, banki wielokrotnie przesadzały z rozdawnictwem kredytów, a niedawny kryzys nieruchomościowy w USA, wywołany spekulacją papierami opartymi na kredytach udzielanych "na puls", jest na to najlepszym dowodem. Model jest jednak słuszny. Klient, który nie będzie w stanie spłacać dalej kredytu, straci wpłacone raty, mieszkanie, ale nie wyląduje na marginesie społecznym z niespłacalnymi długami obciążającymi jeszcze jego rodzinę i dzieci.

Nie wymaga to żadnych nakładów, dopłat i nie wiadomo czego jeszcze. Bank nie może się dogadać z klientem? Niech bierze swoją nieruchomość i sprzedaje na wolnym rynku. Sprzedał drożej, niż wynosiła cena zakupu? Jego zysk. Sprzedał taniej? Jego strata. Nie byłoby wałków pod tytułem licytacja komornicza za pół ceny.

Politycy niezainteresowani

Mam jednak wątpliwości, czy politycy są zainteresowani takim kompleksowym i systemowym rozwiązaniem. Bo efekty uboczne są oczywiste. Przerzucenie odpowiedzialności za zbyt wysoki wskaźnik LTV z klientów na banki oznaczać będzie automatycznie, że banki będą żądały wyższego wkładu własnego i bardzo ostrożnie będą pożyczały pieniądze. Być może maksymalnym poziomem kredytowania nieruchomości będzie np. 60 proc. jej obecnej wartości. Być może w ogóle znikną z rynku kredyty hipoteczne na 30 lat - bo im dłuższy okres kredytowania, tym większe ryzyko, że cena nieruchomości będącej głównym zabezpieczeniem dla banku zmieni się w sposób niekorzystny.

Tylko czy to będą zmiany na gorsze? Z punktu widzenia polityków - tak, bo mniej ludzi dostanie kredyty na mieszkanie, a nawet jeśli dostaną, to niższe. Będą musieli mieć więcej oszczędności, wysoki wkład własny. Bankowcy również tracą, bo niższy będzie ich zarobek. Klienci też mogą się wkurzyć - przecież oni chcą mieć własne mieszkanie i kochają te banki, które pożyczą im jak najwięcej. Rozwiązanie, do którego nawołuję, na krótką metę nikomu się nie opłaca. I właśnie dlatego warto je wprowadzić.

SPÓR O MILION: JEST HAPPY END?

Idzie ku dobremu w sporze czytelnika "Pieniędzy Ekstra" z firmą ubezpieczeniową, który opisywałem w tym miejscu przed trzema tygodniami. Firma Compensa, która prawomocnie przegrała z klientem spór o odszkodowanie po śmierci córki (chodziło o samobójstwo, a wątpliwości dotyczyły interpretacji ankiety medycznej), postanowiła jednak wypłacić mu pieniądze - prawie milion złotych. Wypłata nastąpiła krótko przed publikacją mojego felietonu poświęconego tej sprawie. Wcześniej firma odmawiała przyznania odszkodowania.

Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra". W tym numerze:

Elektronika w samochodach, czyli kierowcy skazani na serwis

Cierpliwy klient wygrywa z bankiem!

Pierwsza karta płatnicza dla dziecka

Darmowe konto? Szkoda naszych pieniędzy




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.