Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Drudzy zapewniają, że niedługo żaden pracownik nie będzie musiał ruszyć palcem w bucie, jeśli nie dostanie 15 zł za godzinę pracy (tego, że ten pracownik w ogóle dostanie pracę, jakoś politycy zapewnić nie chcą).

Jeszcze inni obiecują, że jeśli ich wybierzemy, to każdy dzieciaty Polak będzie dostawał na konto po 500 zł miesięcznie (o ile ma co najmniej dwójkę dzieci), a niektórzy - nawet po 1000 zł. W dodatku wszystko to ma nic podatników nie kosztować, bo "wystarczy dobrze rządzić, a pieniądze na to się znajdą". Ten festiwal obietnic ma jedną, podstawową wadę: albo obietnice nie zostaną spełnione, przechodząc do annałów jako kolejna przedwyborcza ściema, na którą niechlubnie się nabraliśmy, albo... zostaną spełnione i wszystkim odbiją się czkawką. Żyjemy bowiem w kraju, który rocznie wydaje na "utrzymanie" o 40-50 mld zł więcej, niż zbiera od obywateli z podatków, i z roku na rok coraz bardziej zadłuża się za granicą na koszt przyszłych pokoleń. Każde zwiększenie deficytu powinno być uzasadnione tylko tym, że jest swego rodzaju inwestycją, a więc przyniesie państwu w przyszłości dochody dużo większe niż obecnie ponoszone koszty.

W przedwyborczym szale obietnic napełniania Polakom kieszeni, żeby mogli pobiec do sklepu i kupić telewizor lub lodówkę, politycy zapomnieli o obietnicy, która byłaby znacznie mniej kosztowna, a przyniosłaby w długim terminie wielokrotnie wyższe korzyści. O obietnicy, która mogłaby się okazać świetną inwestycją. Ponieważ żadna partia na to nie wpadła, rzucam myśl, licząc, że któraś partia ją złapie.

Podatek szkodzący oszczędzaniu

O co chodzi? O zniesienie podatku Belki. Dotyczące wszystkich lub tylko długoterminowych oszczędności i inwestycji. Podatek Belki, wprowadzony w 2002 r. "na chwilę", wciąż obowiązuje. Jest czymś niezrozumiałym w kraju, w którym tylko 10 proc. gospodarstw domowych (co wynika z najnowszej "Diagnozy społecznej") ma poduszkę finansową w wysokości pozwalającej myśleć o bezpieczeństwie finansowym. W kraju, w którym ponad połowa rodzin w ogóle nie ma żadnych oszczędności. W kraju, w którym system obowiązkowych emerytur pod hasłem ZUS ma rocznie 50 mld zł deficytu, a za dziesięć lat będzie miał 80 mld zł.

Politycy jak jeden mąż chcą włożyć Polakom do kieszeni więcej gotówki, a nie zauważają, że najlepszym, co mogą dla nich zrobić, to zachęcić ich do długoterminowego odkładania pieniędzy. Z jakichś 800 mld zł naszych oszczędności 600 mld zł leży w bankach, z tego połowa - na ROR-ach lub kontach oszczędnościowych. Na kontach IKE lub IKZE, które pozwalają dodatkowo gromadzić oszczędności z ulgami podatkowymi, pieniądze (zwykle niewielkie) ma mniej niż milion osób.

A co jest po drugiej stronie tego bilansu? Podatek Belki, który przynosi do budżetu raptem 3-4 mld zł rocznie. Wiem, to też niemałe pieniądze, ale koszty niektórych wyborczych obietnic są liczone w dziesiątkach miliardów! Podatek od lokat bankowych, zysków z funduszy inwestycyjnych czy z inwestycji w akcje płacą miliony Polaków, a wszystkich on wkurza, zwłaszcza w sytuacji, gdy oprocentowanie lokat trzeba oglądać pod lupą. Czy jest lepszy sposób, żeby z jednej strony podlizać się wyborcom - to politycy lubią najbardziej - a z drugiej zrobić po raz pierwszy coś więcej niż tylko pustą "produkcję" deficytu budżetowego?

Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz







Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra". W tym numerze:

Czipsy i kawa czy spełnianie marzeń

Najlepsze konto dla studenta

Nielojalny jak Polak. Nie lubimy zbierać punktów

Polak na zakupach. Dlaczego obsługa klienta się nie poprawia



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.