Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Niedawno było w blogu o kontrowersyjnej sytuacji, w której karta płatnicza jest przysyłana klientowi przez bank listem zwykłym, PIN drugim listem kilka dni później, zaś aktywacja plastiku odbywa się przy okazji pierwszej transakcji. Ryzyka wydają się oczywiste: ktoś nieuprawniony przejmuje i kartę, i PIN (bo np. oba listy wpadły do skrzynki pocztowej jednego dnia), a następnie płaci na nasz koszt.

Gorzej, jeśli bank nie tylko przysyła klientowi kartę w niezbyt pewny sposób, ale też... pobiera opłaty za kartę, której klient nie otrzymał. Taki pech spotkał mojego czytelnika, pana Jana, który ma konto w Open Online (część Getin Banku), a do tego konta przypisana jest karta płatnicza. Ważność karty skończyła się w kwietniu 2015 r i bank automatycznie wydał nową kartę, którą wysłał - jak twierdzą jego przedstawiciele - pocztą zwykłą. Karta jednak do pana Jana nie dotarła. Nie przejął się tym zbytnio, bo i tak konta Open Online używa tylko sporadycznie i karty tak naprawdę nie potrzebuje. Ale kiedy pan Jan po dłuższej przerwie zalogował się do swojego konta, ze zdziwieniem zauważył, że jego saldo wynosi minus 13 zł.

Po telefonie na infolinię dowiedział się, że przyczyną jest opłata w wysokości 6,99 zł miesięcznie, która jest pobierana także za karty nieaktywowane. Bank nowe karty wysyła zwykłą pocztą, a nie listem poleconym. - Musiała zostać zgubiona przez pocztowców lub dostarczona pod błędny adres. Nigdy jej nie otrzymałem - opowiada pan Jan.

Cóż, w banku nie pracują jasnowidze, mogli nie wiedzieć, że karta do klienta nie dotarła. Pan Jan złożył więc reklamację i poinformował bank, że z karty nie może korzystać, w związku z czym prosi o anulowanie opłat, bo nie powinien płacić za usługę, która go nie dotyczy. Odpowiedź przyszła zaskakująca: "W toku przeprowadzonego postępowania wyjaśniającego ustalono, że karta debetowa o numerze (...) wydana do rachunku (...) została przekazana w dniu (...) do wysyłki na Pana adres (...). Brak otrzymania ww. przesyłki nie wynikał z jakichkolwiek bezpośrednich działań Banku. Ponadto zaznaczamy, iż w stosownym terminie nie odnotowaliśmy zgłoszenia, że przedmiotowa karta do Pana nie dotarła".

Dalej było o tym, że zgodnie z taryfą opłat i prowizji bank każe sobie płacić 6,99 zł miesięcznie, chyba że w danym miesiącu zostaną rozliczone transakcje bezgotówkowe na łączną kwotę minimum 300 zł. Bez karty trudno jednak wykonywać operacje bezgotówkowe, więc nie dziwi, że klient tego warunku nie spełnił. "Opłata za obsługę karty jest pobierana za każdy miesiąc jej ważności, niezależnie od daty aktywacji karty. (...) Nie możemy spełnić Pana prośby odnośnie anulowania opłaty" - odpowiedziano w banku.

I w tym momencie mną zatrzęsło. Bank wysyła kartę w sposób niedający mu żadnego potwierdzenia, że dotarła do klienta. Wie natomiast, że nie została aktywowana. W banku naliczają opłaty mimo tego (!), a kiedy klient przychodzi z informacją, że w ogóle nie dostał plastiku, to mówią, że "oni przecież wysłali". Rozumiecie coś z tego?

Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz





Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra ". W tym numerze:

 Jak zaoszczędzić na ślubie i weselu?

Warto odkładać małe kwoty, bo z nich tworzą się duże

Ubezpieczyciel: Chcesz auto zastępcze? Idź do sądu

Czy da się zarobić na polecaniu produktów bankowych?

Jak tanio kupić jabłka?

Rząd nie chce "rozprawić się" z ubezpieczycielami, którzy nie chcą dawać samochodów zastępczych

Czat z lekarzem? Taką usługę oferuje Plus




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.