Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Upłynęło już kilka tygodni od wielkiej podróży w czasie klientów dawnego Multibanku. Pożegnali oni raz na zawsze stary, wysłużony system transakcyjny, a w zamian zostali wpięci do nowego, tryskającego nowoczesnymi technologiami, z którego od dwóch lat cieszą się już pozostali klienci mBanku. Oczywiście nie wszystkim klientom-pogrobowcom Multibanku przypadł on do gustu, bo ma bardzo dużo... wszystkiego. Ale po to istnieje duch nowoczesności, żeby z nim iść. Kłopot w tym, że odkąd Multibank przestał być samodzielnym bytem, a zaczął być częścią wielkiego mBanku, z duchem nowoczesności przestała iść jakość obsługi.

Tak przynajmniej stwierdził ostatnio jeden z naszych czytelników, który w Multibanku był zawsze traktowany po królewsku (dedykowany doradca zawsze czekał w oddziale, załatwiał sprawy i pieścił dobrym słowem), a jako że jest krakusem, to takie królewskie zwyczaje bardzo sobie cenił. Zaszedł ostatnio do mBanku i od razu się zaniepokoił, bo nie zauważył czerwonego dywanu, który zawsze przed nim rozwijano. Zastał za to kilkuosobową kolejkę.

Nowoczesność koniecznością?

Próba jej ominięcia została storpedowana okolicznościami natury organizacyjnej, bo gdy mój czytelnik poprosił o rozmowę z dyrektorem placówki, to okazało się, że teraz już doradca nie czeka i nie jest dostępny "od ręki". W mBanku nie przyjęto też sugestii mojego czytelnika, by bank pokrył koszt jego biletu parkingowego w sytuacji, gdy czas oczekiwania na obsługę wyniesie najmarniej kilkanaście minut.

To był dopiero początek "kłopotów". Mój czytelnik jest konserwatywny w każdym calu, także w kwestiach bankowych. Nie używa do autoryzowania transakcji haseł SMS-owych, lecz tradycyjnych list z hasłami jednorazowymi w zdrapce (obawia się, że w smartfonie ktoś zainstaluje mu wirusa i przejmie hasła SMS-owe). Plus tego jest taki, że kart z kodami nikt mu nie przechwyci, a minus - że jeśli złodziej przejmie kontrolę nad jego komputerem i podstawi na ekranie fałszywą transakcję do autoryzacji, to mój czytelnik nie będzie miał szansy, by zorientować się w sytuacji. Mógłby to zrobić, porównując dane przelewu, które widzi na ekranie, z tymi, które są w SMS-ie autoryzacyjnym. Używając zdrapki, musi zakładać, że autoryzuje to, co widzi na ekranie.

Z gustami się nie dyskutuje. Mój czytelnik płaci 19 zł za każdą kartę-zdrapkę i dzięki temu czuje się bezpieczny. Sęk w tym, że w oddziale mBanku napotkał opór materii w postaci pracownika. Najpierw pracownik oświadczył mu, że karty nie może wydać od ręki, może co najwyżej wysłać ją pocztą. Od razu dodał, że wysyłka zostanie nadana pocztą zwykłą i że można się jej spodziewać w ciągu... dziesięciu dni.

Słabe zabezpieczenia przesyłki

Niestety, po dziesięciu dniach lista haseł nie dotarła. Po dwóch tygodniach czekania otrzymał kody zwykłym listem do skrzynki.

- 19 zł za kody pobrano mi natychmiast po zamówieniu, a kodów nie mam. Czyli faktycznie skredytowałem bank za coś, czego nie jestem w stanie użyć. Nowe kody były mi potrzebne od zaraz, bo chciałem kupić bilet PKP przez internet. Wtedy kosztował 105 zł, dziś już 120 zł. Kto mi odda te 15 zł różnicy? Może prezes Cezary Stypułkowski z własnej kieszeni? Niestety, poniosłem z powodu jego decyzji bardzo wymierną szkodę - żali się klient.

Odcięcie od możliwości wykonywania przelewów na wiele dni to zło. Ale wysłanie kodów jednorazowych bez dochowania standardów bezpieczeństwa to drugie zło. Nie dość, że nie ma możliwości, by kartę odebrać z rąk pracownika (w najbardziej bezpieczny ze sposobów), to jeszcze wysyłają tajne kody pocztą zwykłą i dają sobie na to dziesięć dni.

Płacę nie mam?

Konserwatywny klient, przyzwyczajony do obsługi osobistej i mający spore osady na rachunku, może mieć też niejakie kłopoty z zaakceptowaniem sytuacji, iż teraz nie jest już klientem kameralnego banku dla zamożnych klientów (taką genezę miał Multibank), lecz instytucji finansowej dla masowego klienta. Instytucji obsługującej 5 mln osób, która nie przetrwałaby nawet tygodnia, gdyby miała każdemu klientowi wydawać karty kodów jednorazowych za osobistym pokwitowaniem.

Z drugiej strony jednak klient płaci i wymaga. I to płaci niemało. Nie wiem, ilu pozostało mBankowi klientów przywiązanych do kodów jednorazowych w zdrapce, ale w cenie 19 zł powinna być możliwość wysłania takiej karty listem poleconym z obowiązkiem dostawy w ciągu 24 godzin. Każdy klient powinien mieć możliwość takiego zabezpieczania się przed złodziejami internetowymi, jakie uważa za stosowne. Bank może żądać wyższych lub niższych prowizji za udostępnianie określonej formy autoryzowania transakcji, ale nie powinien dostępu do żadnej z nich klientowi utrudniać.

Chcesz porozmawiać o artykule, poinformować nas o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



.




Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra". W tym numerze:

Frankowe dożywocie. Zabezpieczenia kredytu łatwo nie przeniesiesz

Kupuj w sieci bezpiecznie

Walcz o kasę od Volkswagena

Reklamowała torebkę. Czekała trzy miesiące na... nową

500 zł za informacje o kontach zmarłego

Chciał zmienić dostawcę. Zapłacił podwójnie



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.