Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
"Chciałbym poinformować, że silnik Diesla zamontowany w Pana samochodzie jest wyposażony w oprogramowanie optymalizujące emisję tlenków azotu na stanowisku badawczym". Taki list z wyznaniem win od koncernu Volkswagena dostało około 140 tys. polskich kierowców, bo tyle pojazdów ze "zoptymalizowanym" oprogramowaniem manipulującym poziomem emisji spalin Grupa Volkswagen Polska wprowadziła na polski rynek.

Aferę w połowie września ujawniła amerykańska rządowa Agencja Ochrony Środowiska (EPA). Dotyczy ona aut marek Audi, Seat, Skoda i Volkswagen wyprodukowanych w latach 2008-15 i napędzanych silnikami Diesla EA189 o pojemności 1,2 litra, 1,6 litra i 2 litry.

Zaraz potem do posiadaczy ww. aut ze zmanipulowanymi silnikami zaczęły przychodzić listy, a Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zaczął prowadzić postępowanie wyjaśniające. Stworzył nawet specjalny adres mailowy: diesel@uokik.gov.pl, na który mogą pisać klienci, którym sprzedawca VW odmówił naprawy samochodu albo przyjęcia reklamacji związanej ze "zoptymalizowanym" oprogramowaniem. Na razie do UOKiK zgłosiło się 12 osób. Znacznie więcej właścicieli VW śledzi przygotowania do pozwu zbiorowego przeciwko koncernowi. Zainteresowanych przystąpieniem do niego jest - według naszych informacji - około 650 osób.

Nie chowaj listu

Na razie pismo, które otrzymują właściciele ww. aut, pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Nie uspokaja znajdujące się w nim zapewnienie, że: "Obecnie intensywnie pracujemy nad odpowiednim rozwiązaniem technicznym. Koncern Volkswagen poniesie koszty ewentualnych środków naprawczych związanych z tym problemem".

Bo czym właściwie jest przysłane przez koncern pismo? Przyznaniem się, że pojazd dotknięty jest wadą? Jeśli tak, to sprzedawca pojazdu ma obowiązek wyjaśnić, czy wada jest możliwa do usunięcia i czy pojazd po serwisie będzie w takim stanie, w jakim powinien być w chwili zawarcia umowy kupna-sprzedaży.

Zdaniem ekspertów i prawników, z którymi rozmawialiśmy, klienci Volkswagena jak najszybciej powinni zwrócić się do sprzedawców i dilerów VW z pytaniem, czy i kiedy wada zostanie usunięta i czy samochód na tym ucierpi oraz kiedy dokonana zostanie naprawa.

- Dochodzący swych roszczeń konsumenci powinni mieć na uwadze, że proponowane naprawy powinny prowadzić do usunięcia wady, przy zachowaniu wartości użytkowej, sprawności i walorów estetycznych - mówią autorzy portalu Pozywamy-zbiorowo.pl. Zaznaczają przy tym, że naprawa nieosiągająca właściwego skutku w ogóle nie jest naprawą. Przestrzegają także, by upewnić się, czy nie spowoduje ona negatywnych skutków, np. spadku mocy silnika, zmiany parametrów przyspieszenia albo zwiększenia spalania w aucie.

Zgodnie z prawem każdy posiadacz auta z silnikiem Diesla mającym oprogramowanie do manipulowania emisjami spalin może domagać się od sprzedawcy przede wszystkim usunięcia wad, do których przyznał się koncern Volkswagena, a w dalszej kolejności obniżenia ceny nabytego pojazdu, czyli zwrotu części kosztów poniesionych na zakup samochodu.

Teoretycznie może również domagać się wymiany go na nowy albo w ogóle odstąpić (zrezygnować) z umowy i domagać się zwrotu pieniędzy za samochód. Problem w tym, że najpierw trzeba ustalić, jak bardzo "zoptymalizowane" oprogramowanie odbija się na wartości samochodu.

Możliwa rekompensata

Podstawą wszystkich roszczeń jest rękojmia, czyli odpowiedzialność sprzedawcy za wady produktu. A wadą w przypadku aut z silnikami Diesla EA189 jest właśnie "zoptymalizowane" oprogramowanie - w chwili zakupu klienci byli przekonani, że ich samochód jest bardziej przyjazny środowisku. W szwindlu Volkswagena wykrytym w połowie września chodziło bowiem o zaniżenie przez producenta rzeczywistej emisji szkodliwych dla zdrowia tlenków azotu.

Auto warte mniej?

Ta manipulacja - według ekspertów - może prowadzić do spadku ceny pojazdu. Między innymi właśnie po to UOKiK bada, czy konsumenci zostali przez producenta wprowadzeni w błąd. Urząd analizuje reklamy pojazdów z wadliwym systemem sterowania emisją spalin. Sprawdza, czy zawierały one informacje dotyczące poziomu emisji tlenku azotu lub szczególnych właściwości w zakresie stopnia emisji spalin, np. deklaracje przyjazności dla środowiska.

- Kupujący mają prawo domagać się usunięcia wady, co w zaistniałej sytuacji sprowadza się do rekompensaty finansowej, bowiem wciąż nie wiadomo, w jaki sposób producent miałby tę wadę usunąć i czy zastosowanie planowanego serwisu nie spowoduje np. pogorszenia warunków jezdnych pojazdu, a w konsekwencji obniżenia jego wartości - mówi "Wyborczej" radca prawny Maciej Broniecki z wrocławskiej kancelarii Dauerman.

Na swoim blogu prawnik prowadzi wątek poświęcony "aferze spalinowej". Tłumaczy posiadaczom "trefnych" samochodów VW, co mogą zrobić. - Roszczeń z tytułu rękojmi powinniśmy domagać się od sprzedawcy, i to do niego powinniśmy kierować w pierwszej kolejności swe żądania - zaznacza. - Najlepiej wysyłać je na piśmie, koniecznie listem poleconym, by mieć w dokumentacji ślad po tym, że podjęliśmy takie starania.

A jeśli pisma nie pomogą? Według Bronieckiego możemy się procesować, wskazując, że sprzedawca nienależycie wykonał umowę, czyli sprzedał nam inne auto, niż obiecywał. Choć ta droga jest trudniejsza, bo w sądzie trzeba będzie wykazać, że to sprzedawca ponosi odpowiedzialność za manipulację oprogramowaniem do emisji spalin.

- Rekompensata, jakiej mogą oczekiwać posiadacze aut ze "zoptymalizowanym" oprogramowaniem, uzależniona jest w pierwszej kolejności od naprawy, jaką proponuje producent silników. Jeżeli zapowiadane serwisy aut nie będą prowadzić do spadku osiągów jednostek napędowych pojazdów, ewentualne obniżenie wartości auta może okazać się minimalne. Roszczenie o zwrot części ceny w ramach rękojmi będzie więc aktualne, jeżeli taki serwis spowodował znaczące niedogodności dla nabywcy pojazdu, np. długi czas oczekiwania na naprawę czy konieczność kilku wizyt w salonie - zaznacza radca Broniecki.

Będzie proces zbiorowy?

Klienci VW mogą również pozwać producenta aut, domagając się od niego odszkodowania w związku ze szkodą związaną z zawinionym zachowaniem. Mają na to trzy lata od momentu otrzymania listu.

Klienci mogą procesować się indywidualnie albo przystąpić do pozwu zbiorowego. Taką opcję proponuje na przykład portal Pozywamy-zbiorowo.pl. Zaletą tej opcji jest to, że przystępując do dużej grupy, możemy liczyć na to, że - o ile nie zostaniemy wybrani na jej reprezentanta - proces niejako będzie się toczył bez naszego udziału.

Wadą procesów zbiorowych są koszty: doliczyć trzeba opłatę dla prawników (dziś to 500 zł brutto albo netto w zależności od tego, czy samochodu używaliśmy do celów prywatnych, czy firmowych), a jeśli sprawa zakończy się sukcesem, będziemy musieli oddać 20 proc. od wygranej.

Do tego dochodzą koszty sądowe: 2 proc. sumy odszkodowania od koncernu, a te są bardzo różne, bo też różna jest wartość samochodów. Innej kwoty będą się więc domagali właściciele skody fabii, a innej audi. Pod uwagę trzeba wziąć też opłaty za opinię biegłych, sięgające nawet kilkunastu tysięcy złotych. A to, że w tego rodzaju sprawach sąd powoła biegłych, jest pewne jak podatki. Bo tylko osoby posiadające tzw. wiadomości specjalne są w stanie ocenić, ile i czy w ogóle klienci stracili na wprowadzeniu "zoptymalizowanego" oprogramowania.

Chcesz porozmawiać o artykule, poinformować nas o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra". W tym numerze:
Frankowe dożywocie. Zabezpieczenia kredytu łatwo nie przeniesiesz
Kupuj w sieci bezpiecznie
mBankowe kody niezgody
Reklamowała torebkę. Czekała trzy miesiące na... nową
500 zł za informacje o kontach zmarłego
Chciał zmienić dostawcę. Zapłacił podwójnie



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.