Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Sam siebie pytam: czy winni nieszczęścia są oni sami, bo zadłużyli się nieostrożnie, jadąc po bandzie, jeśli chodzi o kwotę kredytu w relacji do osiąganych dochodów, czy też winni są bankowcy, którzy wepchnęli klientów na minę.

Jako przykład do rozważań podam tu przypadek pani Alicji. Do napisania listu sprowokował ją prezes NBP Marek Belka jednym z występów telewizyjnych. Nazwał w nim protestujących "chytrymi osobami", które chciały mieć 100-metrowe mieszkania, więc zagrały w "kasynie". Pani Alicja osiem lat temu dała się namówić na kredyt frankowy na 55-metrowe mieszkanie położone na peryferiach dużego miasta, które kupiła w szczycie boomu nieruchomościowego za 345 tys. zł. Dziś, gdy frank jest po 4 zł, kredyt jest wart 600 tys. zł, a mieszkanie - 200 tys. zł. Na początku spłacania rat pani Alicja płaciła jakieś 1500 zł miesięcznie, a teraz - ponad 2 tys. zł.

Pani Alicja i jej partner w tzw. międzyczasie dorobili się dwójki dzieci. Nie dość, że w dwupokojowym mieszkaniu zrobiło się ciasno, to trzy lata temu mąż pani Alicji stracił pracę i zaczął szukać szczęścia w Wielkiej Brytanii. Po roku wrócił, bo okazało się, że źle znosi rozłąkę z rodziną, i teraz próbuje zacząć od nowa, co wiąże się, niestety, z niskimi zarobkami. Na domiar złego rok temu także pani Alicja straciła pracę (w marketingu i sprzedaży) i teraz zajmuje się sprzątaniem mieszkań.

Mamy więc czteroosobową rodzinę, która mieszka w dwupokojowym mieszkaniu i przeznacza więcej niż połowę dochodów na obsługę kredytu hipotecznego. Pani Alicja zeznaje, że po opłaceniu rachunków i raty zostaje na życie 200-400 zł miesięcznie i gdyby nie pomoc finansowa rodziców, to już dawno skończyłoby się nieszczęściem. Przedszkole dzieci też do tej pory opłacali dziadkowie.

Żyj, by spłacać

- Nic nie wnoszę do polskiej gospodarki, kupuję w zachodnich marketach najtańsze jedzenie. Nie chodzę do kina, teatru, na basen, siłownię, nie korzystam z rozrywek, jakie oferuje mi moje miasto, nie opłacam dzieciom dodatkowych zajęć, które rozwijałyby ich zainteresowania i wspierały ich rozwój, od pięciu lat nie byliśmy na żadnych wakacjach. Aha, mój kredyt hipoteczny jest superspłacany. Gdybym tego nie robiła, nie miałabym już dzieci, bo zostałyby nam odebrane, podobnie jak mieszkanie i wszystko, czego się dorobiliśmy. Płacę bankowi, bo się po prostu potwornie boję - pisze pani Alicja.

Kto za to odpowiada? I czy gdyby kredyt nie był frankowy, to pani Alicja byłaby w lepszej sytuacji? Cóż, utrata pracy przez nią i przez jej męża to była okoliczność życiowa niezależna od posiadania lub nie jakiegokolwiek kredytu. Pardon, jest jeden scenariusz, w którym sytuacja pani Alicji byłaby dziś znacząco lepsza - gdyby osiem lat temu kredyty walutowe nie istniały, a pani Alicja nie dostałaby kredytu w złotych (jak wiadomo, mającego wówczas wyższą ratę). Wtedy mieszkałaby w wynajmowanym mieszkaniu i elastyczność jej budżetu byłaby większa. Ale pani Alicja i jej partner tych osiem lat temu dość dobrze zarabiali, więc kredyt na mieszkanie w złotych zapewne by i tak dostali (choć pewnie nie tak wysoki).

Kredytobiorcy w złotych też ryzykują

Z kredytem złotowym na karku pani Alicja płaciłaby na początku 2350 zł miesięcznej raty (nie zaś 1500 zł, jak we frankach), a teraz - jakieś 1850 zł (bo złotowe stopy procentowe spadły). Jej mieszkanie prawdopodobnie i tak byłoby mniej warte niż kredyt, jednak różnica nie byłaby tak radykalna. Ale głównym problemem jest oczywiście spadek dochodów rodziny i... zjazd wartości nieruchomości w stosunku do zadłużenia. Gdyby pani Alicja miała mieszkanie warte więcej niż jej kredyt i wpadłaby w tarapaty związane z brakiem pracy, to mogłaby sprzedać mieszkanie, spłacić bank i mieszkać w wynajmowanym lokalu. A teraz jest w pułapce.

W pewnym sensie podobne ryzyko może dotyczyć także osób mających kredyt w złotych. Jeśli wkład własny jest niski, a mieszkanie zostanie kupione w złym momencie (i straci na wartości), zaś stopy procentowe pójdą w górę i raty staną się nieznośnie wysokie, to droga ucieczki w postaci pozbycia się mieszkania i spłaty długów zostaje odcięta. Tymczasem w Polsce wciąż gros kredytów jest udzielanych z niskim wkładem własnym - 10-15 proc.

Biorąc taki kredyt, gramy w tę samą ruletkę co frankowicze, choć z mniejszym prawdopodobieństwem przegranej. Dlatego ważnym rozwiązaniem na przyszłość musi być wprowadzenie ograniczenia odpowiedzialności klienta za kredyt do wartości nieruchomości. Tylko wtedy banki zaczną wymagać od klientów wyższego wkładu własnego, a klienci przestaną grać w ruletkę swoim życiem.

Być może w jakiejś podobnej, acz łagodniejszej formule - w ramach mediacji banków i kredytobiorców z udziałem urzędników - dałoby się porozumieć w sprawie umów już zawartych dotyczących kredytów frankowych. I spotkać się w pół drogi.




Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz

Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra". W tym numerze:

6 pomysłów na 500 zł na dziecko. Na co najlepiej je wydać?

Bank nie uznaje podpisu? W reklamacji pomoże arbiter

Hazard, pech, pułapka? Historia frankowiczów

Ile jest warte bankowe słowo honoru? Sprawdzamy oferty

O ile lepsza jest lokata "trzy razy lepsza"?



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.