Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Pan Jacek w 2011 r. zauważył, że ktoś założył mu konto na płatnym portalu randkowym. Odkrył to całkiem przypadkowo, gdy przeglądał historię swojej karty płatniczej i zauważył dziwną transakcję. - Znalazłem w internecie informację, że to serwis wyłudzający pieniądze. Zareklamowałem więc tę transakcję w banku, ale ponieważ nie zmieściłem się w terminie, została odrzucona - zaczyna opowieść pan Jacek. - Okazało się, że żeby usunąć konto z portalu, muszę wysłać faks za granicę. Machnąłem na tę sprawę ręką - żałuje.

Po pół roku ta sama firma znowu obciążyła kartę pana Jacka. - Tym razem zareklamowałem transakcję na czas, w trybie chargeback, powołując się na fakt, że nie wyrażałem zgody na pobranie opłaty abonamentowej - relacjonuje.

Ping-pong z bankiem

Bank i tym razem odrzucił reklamację, twierdząc, że otrzymał od serwisu dokumenty, z których wynika, że transakcja została właściwie zlecona i autoryzowana. Marta Rutkowska z mBanku, którą zapytaliśmy o tę sytuację, zaznacza, że bank nie miał podstaw do innej decyzji. - Do wykonania operacji zakwestionowanej przez klienta posłużyły poprawne dane karty. Operacja dotyczyła automatycznego odnowienia wykupionego przez klienta wcześniej członkostwa. By bank mógł ją reklamować, niezbędne było przekazanie przez klienta dokumentów potwierdzających rezygnację z członkostwa lub to, że złożył reklamację w serwisie, do którego go zapisano. Takie dokumenty do banku nie trafiły - opowiada.

Odrzucenie reklamacji przez bank rozpoczęło korespondencyjny ping-pong pana Jacka i mBanku. - W końcu napisałem, że jeżeli nie oddadzą mi utraconych przeze mnie pieniędzy i nie zrekompensują mi strat moralnych, to niech potraktują pismo jako wypowiedzenie moich wszystkich umów - zirytował się. Bank się nie ugiął i pieniędzy nie oddał. A czytelnik poprosił o natychmiastowe zamknięcie konta i likwidację wszystkich produktów w przypadku niewypłacenia przez bank oczekiwanej rekompensaty. Pismo w tej sprawie pan Jacek wydrukował, podpisał odręcznie imieniem i nazwiskiem, a następnie zeskanował i przesłał do banku e-mailem.

- Po upływie dwóch miesięcy od czasu, kiedy ROR powinien być zamknięty, nadal nie dostałem kilkudziesięciu złotych, które miałem na koncie - opowiada pan Jacek. - Okazało się, że bank nie tylko nie zamknął konta, ale także naliczył różne prowizje, utrzymał też zlecenia stałe, które realizował i które wygenerowały debet na moim koncie - bulwersuje się czytelnik. Debet nie był spłacany, więc bank wpisał jego zaległość do międzybankowej bazy BIK.

Bank tłumaczył, że oświadczenie o zamknięciu konta trzeba wysłać w formie pisemnej, a skan taką nie jest.

I choć po wymianie kilku pism mBank zwrócił panu Jackowi ponad 679 zł opłat i odsetek, to utrzymywał, że nie może zamknąć konta pana Jacka, dopóki ten nie ureguluje powstałego na rachunku zadłużenia.

Arbitraż ratunkiem

W końcu czytelnik postanowił oddać sprawę do arbitra bankowego, który przyznał mu rację. Arbiter zauważył, że "(...) skoro wcześniej bank akceptował dokumenty przesłane jako skan i traktował je jako opatrzone podpisem, to co najmniej nieracjonalne i sprzeczne z zasadami życia społecznego byłoby zachowanie banku odbiegające od wcześniejszej praktyki". Oprócz tego podkreślił, że skoro bank nie wezwał w odpowiednim czasie do prawidłowego wypowiedzenia umowy i zwrócił opłaty oraz prowizje, to pan Jacek miał prawo myśleć, że wypowiedział umowę prawidłowo.

- Po decyzji arbitra przez wiele miesięcy bank nie odpowiadał na moje pytania. Dopiero od arbitra bankowego dowiedziałem się, że moje konto zostało wreszcie zamknięte - mówi oburzony czytelnik. Sprawa była prawie zamknięta, ale...pan Jacek nadal nie otrzymał 60 zł, które było na koncie. Figurował też jako dłużnik w Biurze Informacji Kredytowej. Kiedy z tego powodu odmówiono mu kredytu, miarka się przebrała. Postanowił zwrócić się o pomoc do Ekipy Samcika.

Rutkowska wyjaśnia, że kolejne kroki banku w sprawie pana Jacka były konsekwencją negatywnie rozpatrzonej reklamacji kartowej i nieprawidłowej, według banku, formy zamknięcia rachunku. - Uznając konto za aktywne, bank dalej realizował ustanowione na nim zlecenia stałe (umowa między stronami obowiązywała). Posiadany przez klienta kredyt odnawialny sprawił, że na rachunku pojawił się debet. Klient został poproszony więc o spłatę zadłużenia i dochowanie przyjętej przez bank formy rozwiązania umowy, by jego rachunek mógł zostać zamknięty. Zadłużenie związane z kredytem odnawialnym spowodowało też wpisanie klienta do BIK - tłumaczy Rutkowska.

A dlaczego po orzeczeniu arbitra pan Jacek nie dostał należnych mu pieniędzy? - W orzeczeniu arbitra nie został wskazany numer konta, na który mają zostać zwrócone pieniądze. Przekazaliśmy je na aktywne jeszcze wtedy konto w mBanku i zaksięgowaliśmy w poczet debetu - odpowiada Rutkowska. - Było to niedopatrzenie ze strony banku, które zostało naprawione. Pieniądze wróciły na wskazany przez klienta rachunek, a konto w mBanku jest już zamknięte. Klient został też wykreślony z BIK i przeproszony za tę sytuację - dodaje.

Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra". W tym numerze:

6 pomysłów na 500 zł na dziecko. Na co najlepiej je wydać?

Bank się pomylił? Niech płaci!

Hazard, pech, pułapka? Historia frankowiczów

Ile jest warte bankowe słowo honoru? Sprawdzamy oferty

O ile lepsza jest lokata "trzy razy lepsza"?




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.