Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Chyba coś niedobrego dzieje się z naszym zaufaniem do banków. Takiego zamieszania z powodu zwykłej akcji phishingowej nie pamiętam. Na fali rozsyłanych e-mailem fałszywych wiadomości o "zablokowanym dostępie do konta" ruszyła lawina bzdurnych SMS-ów. Ludzie - czasem na co dzień całkiem rozsądni - na serio pytali, czy to "zablokowane konto" oznacza początek końca mBanku. Bo - jak niosła wieść gminna - ma zbankrutować "dziś lub najdalej jutro". Paranoja. Albo wyjątkowa perfidia internetowych oszustów. Niewykluczone, że to oni rozsiewali plotki o szykowanej upadłości banku, chcąc zwiększyć szansę na to, że spanikowani klienci klikną w złodziejski link. Choćby po to, żeby sprawdzić, czy ich bank jeszcze żyje. A ja od czasu kryzysu finansowego w latach 2008-09 nie musiałem odpowiadać jednego dnia na tyle pytań typu: "Czy moja lokata jest bezpieczna" albo "Czy powinienem przenieść kasę do innego banku".

mBank ma się dobrze, ale opinia o bankach nie

Co dzieje się w naszych głowach, że dajemy się tak nastraszyć? Oczywiście, jest grupa łatwowiernych klientów banków, którzy wierzą we wszystko, co się im wyśle e-mailem albo SMS-em. To na nich żerują internetowi złodzieje, wyłudzający loginy, PIN-y i hasła rozsyłając e-maile z informacjami typu "twoje konto jest zablokowane, kliknij w link i zweryfikuj dostęp". Ale wywołać ogólnopolską inwazję przekazywanych z ust do ust pogłosek o szykującym się bankructwie jednego z największych banków? To jest coś dziwnego. Warto zbadać ten przypadek i spróbować znaleźć przyczyny, które sprawiają, że jesteśmy bardziej podatni na takie plotki.

Zdarzyły się ostatnio dwie rzeczy, które sprawiły, że łatwiej "zainfekować" nas wizją upadłości banku. Pierwsza to sprawa franków i nieodpowiedzialne działania polityków z nią związane. Wiadomo, że banki - jak i kredytobiorcy - siedzą na frankowej bombie zegarowej, która wybuchnie jeśli kurs franka na dłużej wskoczy powyżej 5 zł. Ale politycy postanowili zdetonować bombę już teraz i zaczęli ścigać się na pomysły zakładające przewalutowanie kredytów frankowych. Odbywające się na widoku publicznym szacowanie konsekwencji takiej operacji wbija do głowy przeciętnych konsumentów, że te banki to wcale nie są takie silne. Jeśli co drugi dzień czyta się w gazetach i internecie, że przy jednym wariancie ustawy upadną trzy banki, a przy innym splajtują cztery, to trudno nie widzieć rys, które w ten sposób pojawiają się na żelaznym wizerunku niezniszczalnej branży bankowej. Wina polityków polega na tym, że najpierw powinni oszacować koszty swoich pomysłów, a potem dopiero je ogłaszać.

Drugi powód obniżenia wiary niektórych z nas w bezpieczeństwo banków to niedawna upadłość SK Banku. Okazuje się, że nie tylko parabanki w rodzaju SKOK-ów mogą upadać. Po raz pierwszy od kilkunastu lat mieliśmy plajtę banku i to nie byle jakiego. Największy w Polsce bank spółdzielczy w ciągu kilkunastu miesięcy zebrał 1,5 mld zł depozytów, "przepompował" je w źle zabezpieczone kredyty i sobie padł. Nikt się tym zawczasu nie zainteresował. To znaczy nadzór finansowy próbował, ale działał zbyt wolno (być może dlatego, że zabrakło mu uprawnień?). Tak czy siak, przekonanie o tym, że banki w Polsce są niezniszczalne jest już po bankructwie SK Banku przeszłością. Szczepionka przestała działać. Do tego dochodzi jeszcze trzeci czynnik, czyli niepewność co do kondycji banków w Europie. Skoro mówi się o możliwości niewypłacalności takich firm, jak Deutsche Bank, czy banki szwajcarskie, to jak w tej burzy wytrzymają wielokrotnie mniejsze polskie banki, których kursy na giełdzie spadają o jedną trzecią?

Wypłata dla SKOK i SK naruszyła fundusz gwarancyjny

Przekonanie o tym, że polskie banki są nie do zabicia, a nawet gdyby coś złego się stało, to przed ich kłopotami obroni nas tarcza państwowych gwarancji dla depozytów (naruszona ostatnio wypłatą ponad 5 mld zł na SKOK-i i SK Bank), nie jest już u niektórych klientów tak silne jak kiedyś. Jak reagować na takie ataki cyberterrorystów, z jakim mieliśmy do czynienia w ostatnich dniach, gdy atakowi phishingowemu towarzyszy rozsiewanie plotek o nadchodzącym bankructwie banku? Bankowcy powinni o tym pomyśleć, bo - niestety - takie akcje trafiają na coraz podatniejszy grunt.

Każdy, kto zna się trochę na bankach, z łatwością odróżni plotkę od faktu. Ustawy frankowej w wersji prezydenckiej prawdopodobnie nie będzie (a to ona rzeczywiście mogłaby namieszać), kurs franka - choć wysoki - daleki jest od niebezpiecznych poziomów, podatek bankowy co najwyżej zabierze bankom część zysków (choć jest najsroższy ze wszystkich obowiązujących na świecie), a na chudsze czasy banki są dobrze przygotowane, a więc mają sporo kapitałowego "tłuszczyku".

Nawet katastrofalny kurs franka nie zagraża

Z raportów KNF wynika, że branża bankowa ma prawie 160 mld zł własnego kapitału, o prawie 80 mld zł więcej, niż wynosi minimum narzucane przez prawo (poniżej którego banki nie mogłyby prowadzić bezpiecznie działalności). Jest więc odporna na ewentualny wzrost wartości niespłaconych kredytów (a właśnie takie rzeczy zabijają tradycyjne banki). Dziś tych złych kredytów w polskim sektorze bankowym jest 7 proc., a z niedawnego raportu NBP wynika, że nawet gdyby wskaźnik pogorszył się o kolejne 10 proc. (to byłoby już bardzo dużo patrząc na historyczne wartości), zagrożenie kłopotami finansowymi banków byłyby tylko marginalne. Nawet w przypadku gospodarczego pandemonium (włącznie z recesją, wzrostem kursu franka, wysypem złych kredytów, wycofywaniem przez klientów depozytów) banki potrzebowałyby najwyżej 13,9 mld zł pomocy.

Wiadomo, że w tym wszystkim są banki słabsze i silniejsze. Są takie, którym spadł rating i muszą zwalniać pracowników, bo podatek bankowy zje im prawie całe zyski, jak i takie, które nawet podatku bankowego za bardzo nie poczują. Są takie, które mają w portfelu więcej kredytów frankowych (ich spłacalność zależy od kursu franka), jak i takie, które nie mają ich prawie w ogóle. A system jest tylko tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo. Dlatego takiego przypadku jak połączony ze skutecznym sianiem niepokoju atak phishingowy na klientów mBanku nie warto lekceważyć. To, iż powstał szum tak wielki, że aż bank wydał specjalne oświadczenie, to dowód na nadejście nowej ery w polskiej bankowości. Ery, w której reputacja poszczególnych banków, jak i całej branży, przestała być dobrem nieograniczonym.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.