Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
A to się, niestety, zdarza: dobry fachowiec włamywacz, mając trochę czasu, jest w stanie dobrać się do większości zamków. I to tak, by nie pozostawić śladów.

Jakiś czas temu mój redakcyjny kolega opisywał serię włamań do warszawskich mieszkań wyposażonych w drzwi jednej z renomowanych firm. W reakcji na publikację firma bez ogródek przyznała: "Przez wiele lat nie udawało się sforsowanie naszych zamków. Jednak jak pokazują ostatnie doniesienia, skonstruowano urządzenie umożliwiające manipulacje w zamkach na klucz dwupiórowy wszystkich producentów".

Oczywiście, producenci drzwi i zamków zawsze reagują na nowe "wynalazki" złodziei i nowe drzwi są już wyposażane w lepsze mechanizmy anty-włamaniowe, ale ten, kto ma zamek w starszej wersji i jest nieświadom, że zamek ów został "złamany", może - przy sporej dawce pecha - stać się ofiarą białego włamania.

Białe włamanie oznacza problem z ubezpieczycielem

Teoretycznie firma ubezpieczeniowa nie powinna się interesować tym, w jaki sposób został okradziony klient. Wystarczy sam fakt, że było włamanie do objętego ochroną ubezpieczeniową lokalu, potwierdzony wnioskiem o wypłatę świadczenia, spisem utraconych przedmiotów oraz notatką policji (ewentualnie inną dokumentacją, np. zeznaniami sąsiadów). Kłopot w tym, że niektóre firmy ubezpieczeniowe w takich przypadkach zachowują się tak, jakby klient... sam się okradł. Co gorsza, część z nich tak konstruuje zapisy ogólnych warunków ubezpieczenia, żeby móc w majestacie prawa wykręcić się od zapłaty odszkodowania w sytuacji, gdy klient padł ofiarą białego włamania.



Napisał do mnie pan Filip, którego spotkała pewnego dnia niemiła niespodzianka po powrocie do domu - otwarte drzwi i okradzione mieszkanie. Zamek i drzwi były nieuszkodzone.

Pan Filip oczywiście zgłosił kradzież na policję, złożył zeznania, zgromadził dokumentację i z takim dossier udał się do firmy ubezpieczeniowej Warta, aby zgłosić szkodę. Tam poklepali pana Filipa po ramieniu, podali chusteczkę, udzielili wsparcia moralnego, a potem... oświadczyli, że finansowo nie mogą mu pomóc, albowiem kradzież, której ofiarą być może padł (a przecież nie można wykluczyć, że sam się okradł, żeby wyłudzić odszkodowanie), nie spełnia warunków do wypłacenia odszkodowania.

Droższa polisa nie ochroni przed białym włamaniem

Pan Filip się zdziwił, bo przecież specjalnie wykupił nieco droższą opcję polisy po to, by chroniła jego dobytek przed kradzieżą z włamaniem, a nie tylko przed burzą z piorunami, powodzią i uderzeniem statku powietrznego. Pracownicy ubezpieczyciela znów pokiwali ze zrozumieniem głowami, a potem uprzejmie wskazali panu Filipowi paragraf z ogólnych warunków ubezpieczeń, który zdejmuje z nich odpowiedzialność za kradzież z włamaniem, w której złodziej okaże się zbyt dobrym fachowcem. Ów paragraf - a właściwie definicja - brzmi tak:

"Kradzież z włamaniem - działanie polegające na bezprawnym zaborze przedmiotu ubezpieczenia w celu jego przywłaszczenia po: 1) usunięciu istniejących zabezpieczeń przy użyciu siły fizycznej, narzędzi, pozostawiającym ślady włamania, 2) otworzeniu zabezpieczeń oryginalnym kluczem, który sprawca zdobył przez kradzież z włamaniem do innego pomieszczenia zabezpieczonego lub w wyniku rabunku, o ile otwarcie to nastąpiło niezwłocznie po zdobyciu kluczy w sposób opisany powyżej. Za kradzież z włamaniem uważa się również zniszczenie przedmiotu ubezpieczenia mające bezpośredni związek z usiłowaniem lub dokonaniem rabunku bądź kradzieży z włamaniem".

Firma ubezpieczeniowa może się wykręcić z białego włamania?

Kluczowym fragmentem jest tu passus mówiący o "narzędziach pozostawiających ślady włamania". W oparciu o ten fragment definicji, stanowiącej część OWU, firma ubezpieczeniowa może się wykręcić od pokrywania kosztów klienta wynikających z tego, że został okradziony w sposób, który nie pozostawił śladów. Jest to o tyle problematyczne, że możliwe jest pokonanie zabezpieczeń bez pozostawiania widocznych gołym okiem śladów, a jedynie mikrośladów.

"Skuteczność ochrony ubezpieczeniowej od kradzieży z włamaniem zależy tylko i wyłącznie od fachowości włamywacza. Jeżeli trafimy na partacza, który wyważy drzwi albo wybije szybę, to będziemy chronieni polisą, jeżeli zaś okradnie nas fachowiec dysponujący wiedzą o konstrukcji drzwi, narzędziami i wytrychami, pozostajemy na lodzie" - konkluduje pan Filip, który wynajął już prawnika i szykuje się na wojnę sądową z ubezpieczycielem.

Wiem, że są klienci, dla których punktem zaczepienia jest rzetelne śledztwo policji, m.in. uwzględnienie w nim nagrania z monitoringu czy badania mechanoskopijnego, które miałoby wykazać mikroślady na zamku. Sęk w tym, że policja najchętniej zamknęłaby sprawę od razu, czas zaś oczekiwania na wyniki badania mechanoskopijnego - jak twierdzi pan Filip - to jakieś dziewięć miesięcy.

Można też liczyć na to, że ubezpieczyciel zachowa się przyzwoicie. Jeden z moich czytelników, klient Hestii, jakiś czas temu opowiadał, że bezproblemowo dostał pieniądze z polisy ubezpieczenia mieszkania - problemu nie stanowiło nawet to, że jeden z kluczy zapasowych został zabrany przez włamywaczy.

Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra ". W tym numerze:

 Jak złodzieje kradną twoje auto?

Wpisz alimenciarza na listę dłużników

Co zrobić, kiedy zabraknie dla ciebie miejsca w samolocie?

Mandat 100 czy 500 złotych? Straż miejska na tropie źle parkujących

Dlaczego łososie drożeją?




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.