Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Teoretycznie to niemożliwe, bo jeśli karta nie działa na zbliżenia, to siłą rzeczy nie można nią też płacić "bezpinowo". Ale jedna z moich czytelniczek niedawno przekonała się, że. jest pewien wyjątek. To biletomaty we wrocławskiej komunikacji miejskiej.

W biletomatach można kupować bilety, płacąc nie tylko zbliżeniowo, ale też wkładając "plastik" do terminalu płatniczego. W tym drugim trybie biletomat - tak samo jak przy płatności zbliżeniowej - nie żąda PIN-u, sprawdza jedynie, czy nie przekroczono dozwolonej kwoty transakcji. To wynika ze względów bezpieczeństwa - jeśli już w tak zatłoczonym miejscu pozwala się na dokonywanie transakcji stykowych, to nie byłoby dobrze, gdyby trzeba było podawać PIN i tym samym zdradzać go współpasażerom autobusu lub tramwaju.

Po głośnej serii kradzieży sprzed kilku lat, do których używano właśnie biletomatów oraz wyjętych pasażerom z portfeli kart zbliżeniowych, limity transakcji kartowych w biletomatach zostały mocno obniżone. Wartość pojedynczej transakcji nie może przekroczyć 50 zł, a w ciągu jednej godziny w jednym biletomacie można daną kartą dokonać tylko dwóch transakcji o łącznej wartości 60 zł. To zmniejszyło ryzyko złodziejskich transakcji cudzymi kartami, ale... tak całkiem go nie zniosło.

I właśnie ofiarą tej "bezpinowości" padła ostatnio jedna z moich czytelniczek, pani Grażyna. Musiała mieć wyjątkowego pecha, ale faktem jest, że straciła 400 zł (mam nadzieję, że bank pomoże jej je odzyskać). W jaki sposób? Gdy jechała tramwajem w wielkim tłoku, w godzinach szczytu (ok. godz. 17), ukradziono jej z zamkniętej torby portfel. Moja czytelniczka zorientowała się, że padła ofiarą kradzieży dopiero po kilku godzinach. W portfelu miała dowód osobisty, który natychmiast zastrzegła, aby nie paść ofiarą kradzieży tożsamości, oraz kartę płatniczą bez funkcji zbliżeniowej. Czyli taką, która do każdej transakcji wymaga PIN-u. Było na niej 400 zł i została wyczyszczona do zera!

Nie jest tak, iż w biletomatach można wyczyścić kartę na dowolną kwotę. Limity pozwalają zrealizować tylko 60-złotowe transakcje w ciągu godziny w jednym biletomacie, więc szybkie czyszczenie karty jest niemożliwe.

Jeśli klient szybko zastrzeże utracony "plastik", to nie straci zbyt wiele pieniędzy. Ale... przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby złodziej często się przesiadał z jednego tramwaju do drugiego i ów 60-złotowy limit wykorzystywał w coraz to nowych biletomatach. W tym momencie barierą stają się już tylko ograniczenia zapisane na skradzionej karcie (limity dzienne transakcji kartą).

Jestem przekonany, że operator biletomatów we współpracy z bankiem pokryje klientce straty (bo złodziejskie podłoże transakcji jest oczywiste, a klientka nie ujawniła nikomu PIN-u). Proponuję jednak wszystkim posiadaczom kart płatniczych sprawdzić limity dzienne swoich kart i zmniejszyć je do poziomów, które będą z jednej strony wygodne, a z drugiej bezpieczne.

Pewien postulat ma też okradziona klientka: "Wystarczyłoby wprowadzić pewne ograniczenie w działaniu biletomatów polegające na tym, że kupujemy w środkach komunikacji miejskiej tylko już skasowane bilety. Natomiast bilety zapasowe, na później, można byłoby sobie kupić w automatach, które są na przystankach". Podrzucam tę myśl Mennicy Polskiej zarządzającej wrocławskimi biletomatami.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.