Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Koniec OFE. Karuzela w emeryturach

Po zmniejszeniu składki emerytalnej przekazywanej do otwartych funduszy emerytalnych, przejęciu połowy naszych oszczędności zgromadzonych w OFE i wprowadzeniu tzw. dobrowolności oszczędzania w funduszach przyszedł czas na całkowitą likwidację OFE. Co to oznacza dla przyszłych emerytów?

Teraz jest tak: co miesiąc odkładamy na emeryturę 19,52 proc. pensji. Jeśli wybraliśmy OFE, to powędruje tam 2,92 proc. naszego wynagrodzenia, czyli jedna siódma całej składki. Wciąż jednak reszta idzie do ZUS. To pokłosie zmian sprzed trzech lat. Rząd zabrał wtedy z OFE połowę naszych oszczędności - ponad 150 mld zł - i zapisał równowartość tych pieniędzy na wirtualnych kontach w ZUS. Cięcie OFE było potrzebne rządowi PO-PSL, żeby obniżyć zadłużenie i oddalić ryzyko przekroczenia przez dług publiczny progu 55 proc. PKB. Po tym rząd musiałby wprowadzać bolesne oszczędności.

Sytuację finansów publicznych poprawiło też wprowadzenie dobrowolności uczestnictwa w OFE i przenoszenie oszczędności do ZUS na dziesięć lat przed emeryturą. Jednocześnie bowiem rząd wprowadził tzw. dobrowolność uczestnictwa w funduszach. Kto w wyznaczonym terminie nie pofatygował się na pocztę lub do dowolnego oddziału ZUS, zdecydował, że cała jego składka emerytalna będzie trafiała do ZUS i będzie od razu wydawana na bieżące emerytury.

Realne pieniądze są w OFE

Co to za różnica, gdzie idzie nasza składka? Czym się różni ZUS od OFE? W funduszach mamy realne pieniądze, inwestowane przede wszystkim w akcje spółek na warszawskiej giełdzie. W długim okresie OFE powinny wypracować zysk powyżej inflacji. Z kolei ZUS od razu, gdy dostanie nasze składki, wydaje je na bieżące emerytury, a ich równowartość zapisuje na wirtualnych kontach. Nasze oszczędności są tam co roku waloryzowane, ale nikt nie wie, czy za kilka lat rząd nie zmieni wysokości waloryzacji. Wszystko zależy bowiem od decyzji politycznej i kondycji finansów państwa.

Teraz rząd kolejny raz rewiduje system emerytalny. Zmienią się zasady oszczędzania na emeryturę, a OFE znikną całkowicie. W efekcie cała nasza emerytura będzie pochodzić z państwowego systemu. Co to dla nas oznacza? I czy zmiany powinny interesować wszystkich przyszłych emerytów, czy tylko tych, którzy zdecydowali się oszczędzać w OFE?

Rząd zabierze nam jeszcze ok. 35 mld zł...

Na szczęście, w odróżnieniu od zmian sprzed trzech lat, rząd nie zabierze nam aż połowy pieniędzy zgromadzonych w OFE, a tylko jedną czwartą z tego, co pozostało. To oznacza, że co czwarta odłożona przez nas złotówka zostanie przeniesiona do państwowego Funduszu Rezerwy Demograficznej, a jej równowartość zostanie zapisana na naszych wirtualnych kontach w ZUS. Resztę oszczędności rząd przepisze na nasze nowe indywidualne konta w funduszach inwestycyjnych.

...kolejne 100 mld zł pójdzie na nasze prywatne konta

Trzy czwarte naszych pieniędzy zmieni się w nasze prywatne oszczędności. Jak? Towarzystwa emerytalne, które do tej pory zarządzały środkami w OFE, zostaną zmienione w towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI). Nasze dotychczasowe konto w OFE zmieni się w konto w TFI, a emerytalne oszczędności w państwowym systemie emerytalnym zmienią charakter i zostaną oficjalnie "przekształcone" w nasze prywatne oszczędności.

Ale nie będziemy mieć do nich nieograniczonego dostępu jak do lokat bankowych czy dotychczasowych inwestycji w TFI. Powód? Rząd chce, żeby zgromadzonych pieniędzy nie można było wyjąć aż do momentu przejścia na emeryturę.

Co z opłatami za oszczędzanie?

Od ogłoszenia rządowych planów minęło już ponad pół roku, a mimo to nadal jest mnóstwo znaków zapytania. Przykładowo nie wiadomo, czy pieniądze zgromadzone w nowych OFE (czyli TFI) będą wypłacone jednorazowo, czy w ratach po przejściu na emeryturę. Rząd nie określił też, czy zgromadzone pieniądze będą dziedziczone w przypadku śmierci przyszłego emeryta. Taka zasada obowiązuje w "starych" OFE, choć spadkobiercy też nie otrzymują całości zebranej kwoty w gotówce.

Nie wiadomo też, czy towarzystwa nadal będą miały dotychczasowe limity opłat. Obecnie opłaty za zarządzanie OFE są ponad 50 proc. niższe niż wynagrodzenia pobierane z tytułu zarządzania w globalnych firmach asset management, które zajmują się pomnażaniem pieniędzy np. na giełdach. Oszacowana przez firmę Mercer stawka wynagrodzenia za zarządzanie netto polskich towarzystw emerytalnych wyniosła 0,21 proc. wartości aktywów, podczas gdy dla porównywanej próby globalnych firm asset management wskaźnik ten wyniósł 0,45 proc. OFE są również znacznie tańsze od polskich funduszy akcyjnych i stabilnego wzrostu, gdzie opłaty od klientów potrafią sięgać kilku procent powierzonego im majątku.

Zmiany dotyczą nas wszystkich

To nieprawda, że pieniądze w OFE mają tylko ci, którzy trzy lata temu zadeklarowali chęć oszczędzania w funduszach. W OFE są wszyscy urodzeni po 1968 r. i ci urodzeni po 1949 r., którzy wybrali OFE. Dotyczy to również osób, które teraz nie oszczędzają w funduszach. To dlatego, że zanim poprzedni rząd PO-PSL zabrał z OFE połowę zgromadzonych oszczędności i wprowadził tzw. dobrowolność oszczędzania w funduszach, część naszej składki była kierowana do funduszy. To oznacza, że wszyscy, którzy pracowali po 1999 r., mają tam wcześniej odłożone pieniądze.

Jak będzie wyglądać nasza emerytura?

Po zmianach cała nasza składka emerytalna (czyli wspomniane 19,52 proc. naszej miesięcznej pensji) będzie trafiać do ZUS. Stamtąd ma pochodzić nasza główna, państwowa emerytura. Warto jednak pamiętać, że przyszłe świadczenia będą dużo niższe od tych, które pobierają obecni emeryci. Emerytura może wynosić zaledwie z grubsza jedną trzeciej ostatniej pensji. Dlatego rząd chce rozwinąć program dodatkowego oszczędzania na emeryturę. Jak nas chce do tego zachęcić?

Dodatkowa, ale obowiązkowa emerytura

Każdy z nas oszczędzałby na emeryturę w nowo utworzonych pracowniczych planach kapitałowych 3,5 proc. swojej pensji. Każdy pracownik byłby automatycznie zapisywany do programu i nie wiadomo, czy mógłby się z niego wypisać. Według wstępnych zapowiedzi miałby na taką decyzję trzy tygodnie. Ale szczegóły finalnego rozwiązania nie są jeszcze opracowane. Do dodatkowego oszczędzania miałoby nas zachęcić również to, że część składki wpłaci za nas pracodawca.

Niestety rządowy pomysł ma też wady. Przez pierwsze dwa lata nasze oszczędności byłyby zarządzane przez państwowy fundusz. A to może zniechęcić przyszłych emerytów do odkładania pieniędzy. Bo skoro rząd zabiera teraz część pieniędzy zgromadzonych w OFE, to dlaczego miałby kiedyś nie zabrać dodatkowych oszczędności z państwowych funduszy?

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.