Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W zeszłym tygodniu pisałem w "Pieniądzach Ekstra" o tym, dlaczego nie trzymam pieniędzy wyłącznie w banku . I dlaczego uważam, że każdy, kto ma już zbudowaną poduszkę finansową - czyli ulokowaną na depozytach sześcio-dwunastokrotność swoich miesięcznych dochodów - powinien pomyśleć o dodatkowym odkładaniu pieniędzy poza bankiem.

Pieniądze w banku są co prawda bezpieczne w takim sensie, że mają gwarancję rządową do równowartości 100 tys. euro (a więc w razie upadku banku posiadacze depozytów odzyskają swoje wkłady ze składek innych banków lub z pieniędzy podatnika), ale nikt nie zagwarantuje utrzymania ich realnej wartości w długim terminie. Jeśli nadejdzie inflacja albo dewaluacja (czyli spadek wartości naszej waluty względem innych) lub obie te rzeczy naraz - możesz mieć w banku miliony, a one i tak nie będą nic warte.

Jak "na miękko" oswoić się z lokowaniem poza bankiem?

Alternatywą - jedną z wielu oprócz złotych monet, ziemi i nieruchomości - jest rynek kapitałowy. To w rzeczywistości posiadanie udziałów - "cegiełek" - największych firm zatrudniających ludzi, produkujących towary, świadczących usługi i zarabiających pieniądze. Taka "cegiełka" jest czasem warta mniej, a czasem więcej (na giełdzie ceny zmieniają się szybko), ale w długim terminie 20-letnie i dłuższe inwestycje na rynku kapitałowym zawsze kończyły się mniejszym lub większym zyskiem. Choć poszczególne spółki mogą upadać, giełda jako taka idzie w górę.

Nie mając czasu lub wiedzy, żeby samemu wybierać spółki, których współwłaścicielem chcemy się stać, można skorzystać z pośrednictwa funduszy inwestycyjnych. Do funduszu każdy może wpłacić swoich parę groszy, a zarządzający - w ramach umowy z uczestnikami funduszu - lokuje je w określony sposób. Każdy uczestnik jest właścicielem kawałka funduszu, a fundusz - właścicielem kawałków kilkunastu lub kilkuset spółek. W ten sposób niejako "rozwadniamy" naszą niewiedzę o giełdzie i zależność od powodzenia jednego konia (spółki), na którego stawiamy.

Bardzo rzadko zdarza się jednak, by ktoś, kto od zawsze trzymał pieniądze tylko w banku, z dnia na dzień poszedł do funduszu inwestycyjnego kupującego akcje i powierzył mu część swoich oszczędności. Przeważnie pierwszym krokiem jest najbardziej bezpieczna kategoria funduszy - te, które inwestują pieniądze w obligacje i podobne do nich papiery wartościowe.

Żaden fundusz inwestycyjny, nawet najbezpieczniejszy, nie daje gwarancji zarobku - ani tym bardziej nie zagwarantuje określonego zysku - ale te fundusze teoretycznie powinny wolno i bezpiecznie pomnażać pieniądze klientów z dużą szansą na wynik lepszy niż na bankowym depozycie. No i pozwolić w każdej chwili wycofać pieniądze bez utraty już osiągniętego zysku - to przewaga nad lokatą w banku.

Bezpieczeństwo niejedno ma imię

Fundusze zaliczane do kategorii bezpiecznych dzielą się na trzy kategorie

>>> Fundusze rynku pieniężnego (i gotówkowe). Lokują oszczędności swoich klientów w depozyty bankowe (mając w garści większe pieniądze, mogą próbować wynegocjować z bankami nieco lepszy procent niż zwykły klient detaliczny) oraz w tzw. bony (czyli krótkoterminowe obligacje). Takie papiery wartościowe emituje np. rząd, pożyczając pieniądze na krótki termin i na niewielki procent. W świecie pieniądza pożyczka na krótki termin jest mniej ryzykowna niż na długi. W tym roku w funduszu pieniężnym da się zarobić pewnie od 1,5 do 2 proc. Niewiele więcej niż w dużym banku.

Ale trzeba pamiętać, że z funduszu można się w każdej chwili wycofać, a zysk nie zależy od tego, czy klient przyniesie "nowe środki" lub razem z lokatą założy konto osobiste. Wbrew pozorom nie jest łatwo dostać w banku 2 proc. przez dłuższy czas. Żeby osiągnąć taki zysk, trzeba stale przenosić się z banku do banku, zakładając krótkoterminowe depozyty promocyjne na nowe środki.

>>> Fundusze obligacji rządowych. Ten rodzaj funduszy inwestycyjnych pieniądze klientów pożycza rządom. Nie tylko polskiemu, ale zawsze takiemu, który ma wysoką wiarygodność kredytową (czyli tzw. rating). To nie oznacza oczywiście braku ryzyka, bo przecież Grecja - kraj wysoko oceniany przez agencje ratingowe - stanęła na krawędzi bankructwa. Ale zdecydowana większość rządów wywiązuje się ze swoich zobowiązań.

W przypadku takich funduszy można by oczekiwać nieco wyższego dochodu - nawet 3-4 proc. rocznie - ale czasem może to być zero lub lekki minus. Wynika to z faktu, że fundusze obligacji lokują pieniądze nie tylko w obligacje krótkoterminowe, ale też w takie, którym do "końca życia" zostało np. 10 lat. Fundusz musi zagwarantować klientom możliwość wycofania pieniędzy w każdym momencie, więc wycenia te obligacje według wartości, po której są obecnie notowane na rynku, nie zaś według odsetek, które kiedyś dostanie od rządu. Dziś eksperci nie radzą inwestować pieniędzy w fundusze obligacji, bo ceny rynkowe długoterminowych obligacji (w które fundusze zainwestowały) mogą spadać. W najbliższym czasie nie będzie więc 3-4-proc. zysków, lecz wyniki w okolicach zera.

>>> Fundusze obligacji korporacyjnych. Pieniądze pożyczają na rynku nie tylko rządy, ale też firmy. Obligacje emitują zarówno największe globalne korporacje, jak i małe firmy, które zostały odesłane z kwitkiem przez banki. Obligacje największych korporacji są oczywiście bezpieczne - ryzyko ich niewypłacalności jest tak samo małe jak rządu, a oprocentowanie również nie przekracza 2-3 proc. w skali roku. Małe firmy potrafią płacić po 8-9 proc. rocznie, ale też część takich firm bankrutuje, nie oddając pożyczonych pieniędzy.

Są fundusze obstawiające wyłącznie niskodochodowe, ale bezpieczne obligacje (zysk nie przekroczy wtedy 4-5 proc. w skali roku), a są i takie, które stawiają na obligacje wysokodochodowe, lecz ryzykowne. Takie fundusze, jeśli los im sprzyja, rocznie potrafią "wykręcić" nawet kilkanaście procent zysku. A jeśli szczęście się skończy? Zdarzył się w historii polskich funduszy inwestycyjnych gagatek, który pożyczył pieniądze paru przedsiębiorstwom, które zbankrutowały. Fundusz był tak źle zarządzany, że stracił 75 proc. pieniędzy klientów. Ale to była patologia, wyjątek od reguły. Większość funduszy obligacji korporacyjnych tylko niewielką część środków klientów przeznacza na obligacje wysokodochodowe.

Do którejś z tych trzech odmian funduszy - ze wskazaniem na pierwszą, najbezpieczniejszą - powinni skierować swoje kroki ci z czytelników, którzy są już przekonani, iż na depozycie bankowym ich świat nie powinien się kończyć. Dopiero po kilku, kilkunastu miesiącach możemy się zastanowić nad przesunięciem części pieniędzy do funduszu lokującego część pieniędzy w akcje spółek. Ale o takich funduszach opowiem w kolejnym odcinku.

Jak wybrać najlepszy fundusz?

Jest kilka metod. Pierwsza: można pójść do swojego banku i poprosić o informacje dotyczące funduszu pieniężnego, który ten bank ma w ofercie. Niekoniecznie będzie to najlepszy fundusz tego typu, ale będzie można sfinalizować założenie konta (tzw. rejestru) podczas jednej wizyty. A potem wystarczy już tylko przelać pieniądze na konto funduszu, odebrać przesłaną pocztą informację o liczbie posiadanych "cegiełek" i patrzeć, jak zmienia się ich wycena.

Druga metoda to wybór funduszu przez internet. Dzięki temu możemy znaleźć taki, który radzi sobie znacznie lepiej niż "pierwszy z brzegu". Spis wszystkich funduszy posegregowanych według kategorii znajduje się na stronie internetowej www.analizy.pl w sekcji Notowania. Jak porównywać między sobą fundusze? Ja patrzę oczywiście na wyniki (na stronie można znaleźć zarówno te krótkoterminowe, kilkumiesięczne, roczne, jak i pięcioletnie), przy czym unikam funduszy o dużej wahliwości. Jeśli jakiś fundusz jest pierwszy raz w zestawieniu, a w kolejnym roku ciągnie się w ogonie, to wypada z orbity moich zainteresowań. Jeśli w długim terminie jakiś fundusz jest o kilka długości przed innymi - też go skreślam. W branży inwestycyjnej nie ma cudów - podejrzanie wysokie zyski oznaczają, że zarządzający funduszem mocno ryzykuje. Póki ma szczęście - jego fundusz zachwyca wynikami. Ale zawsze kiedyś przychodzi kryzys.

Szukam funduszy, którym klienci powierzyli ponad miliard złotych (a najlepiej - kilka miliardów). Malutkie, nowe fundusze zwykle mają świetne wyniki, bo małymi pieniędzmi zarządza się łatwiej niż dużymi. Z tego samego powodu unikam funduszy, które nie mają trzyletniej (a najlepiej pięcioletniej) historii. Na koniec zaś zawsze wybieram dwa fundusze, pomiędzy które dzielę pieniądze. A zanim pójdę do punktu sprzedaży (lub kupię udziały funduszu przez internet), zaglądam jeszcze na stronę internetową firmy zarządzającej tym funduszem i patrzę na najnowsze dostępne tam sprawozdanie (albo na jego skróconą wersję - kartę produktu). Z czystej ciekawości sprawdzam, w co zostały zainwestowane pieniądze. Jeśli znajdę coś podejrzanego (choć jest to trudne, jeśli nie jest się ekspertem) - odpuszczam dany fundusz i szukam dalej.

W przypadku funduszy pieniężnych ryzyko błędu w doborze funduszu nie jest zbyt duże - co najwyżej zarobisz 1 proc. zamiast 2 proc. To boli, ale nie ma tragedii. Warto na takich bezpiecznych funduszach potrenować sobie wybieranie. Bo te bezpieczne to tylko pierwszy krok, rozgrzewka przed inwestowaniem bardziej zaawansowanym. W kolejnym odcinku cyklu o funduszach inwestycyjnych opowiem kilka słów o funduszach absolutnej stopy zwrotu oraz o funduszach ochrony kapitału. Czym się różnią od funduszy bezpiecznych oraz od klasycznych funduszy inwestujących w akcje spółek? Zapraszam za tydzień!

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.