Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Banki mają różne sposoby na aktywizowanie "śpiących" klientów, którzy założyli konto jako "zapasowe", ale go nie używają. Jedni zwracają jakiś procent od każdej transakcji, inni wypłacają większą kwotę naraz. Obie drogi są dobre. Kłopot pojawia się wtedy, gdy bankowcy zaczynają kombinować - chcą mieć ciastko (czyli aktywnych klientów) i zjeść ciastko (czyli zachować pieniądze, które miały iść na ich pozyskanie). A taki sposób myślenia zaprezentował T-Mobile Usługi Bankowe.

T-Mobile Usługi Bankowe zrobiło promocję dla nieaktywnych

Kilka tygodni temu bank ogłosił, że każdemu nieaktywnemu klientowi zapłaci 50 zł, jeśli stanie się on aktywny, czyli przeleje na konto 2000 zł i trzy razy zapłaci kartą w sklepach oraz uaktywni zgody marketingowe. Według regulaminu promocji nieaktywny klient to ten... w zasadzie to nie wiadomo, kto nim jest, bo regulamin został tak napisany, że inaczej go czytali klienci, a inaczej bankowcy. Infolinię T-Mobile Usługi Bankowe zalały telefony od wściekłych klientów, którym bank nie chciał uruchomić promocji, choć powinien.

Zapis regulaminu brzmiał w taki sposób, że 50 zł może dostać ten, kto w grudniu 2016 r. miał w banku T-Mobile rachunek, ale nie wpłynęła na niego pensja, emerytura ani stypendium. Lub ten, na którego konto nie wpłynęło łącznie więcej niż 500 zł w trzech poprzednich miesiącach. Oba warunki oddzielało słowo "lub". Czyli mogły być spełnione oba, mógł być też spełniony tylko jeden.

Sęk w tym, że gdy do banku zgłosił się klient, któremu nie wpłynęła w grudniu na konto w banku T-Mobile pensja ani stypendium, ale za to w poprzednich trzech miesiącach miał jakieś wpływy (i w sumie przekroczyły 500 zł) - w większości przypadków był informowany, iż nie może wziąć udziału w promocji. A więc nie dostanie pięciu dyszek.

Wygląda na to, że ktoś w banku T-Mobile wyprodukował dokument o innej treści, niż zamierzał. Bank chciał zapłacić 50 zł tylko tym bardzo nieaktywnym klientom, którym nie tylko nie wpływa na konto pensja, ale w ogóle nie wpływają żadne znaczące pieniądze. Niestety, zamiast "i" do regulaminu wpadło "lub", co oznaczało, że w promocji może wziąć dużo większa liczba klientów - nie tylko tych trwale nieaktywnych. "Regulamin jest sprzeczny z tym, co mówi się klientom na infolinii" - zaalarmowali mnie klienci banku.

A później bank zmienił zasady gry w jej trakcie

W banku chciano załatwić problem po cichu i zmieniono regulamin na taki, który zamiast "lub" ma w kluczowym miejscu słówko "i". Nowe zasady wprowadzone w czasie gry nie spodobały się klientom. W przyrodzie jednak nic nie ginie, opublikowałem więc w blogu oba egzemplarze regulaminu. Jeden obowiązywał od 10 stycznia, a drugi od 18 stycznia. W jednym było "lub", w drugim jest "i". Efekt? Bank co prawda zaczął wreszcie honorować reklamacje klientów, którzy zgłosili chęć uczestnictwa w promocji jeszcze przed podmianą regulaminów, ale to wciąż tylko półśrodek. Bankowcy powinni albo bardziej przykładać się do tego, co piszą w publikowanych przez siebie regulaminach, albo wypić piwo, którego nawarzyli i wypłacać pieniądze wszystkim, którzy spełnili warunki promocji, nawet jeśli załapali się na nią w wyniku bankowego niedopatrzenia.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.