Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Kilka dni temu GUS podał, że ceny towarów i usług w ostatnim roku - od stycznia do stycznia - wzrosły o 1,8 proc. To oznacza, że jeśli ktoś rok temu zakopał w ogródku 1000 zł, to do dziś realnie stracił 18 zł. Problem mają nie tylko ci, którzy zakopali 1000 zł w ogródku, ale też ci, którzy trzymają kasę w bankach. Na wartości realnie traci wszystko, co do tej pory było oprocentowane niżej niż 2,2 proc. Tylko takie lub wyższe oprocentowanie pieniędzy, zakontraktowane rok temu, pozwoliłoby pokryć inflację i podatek Belki (wynosi 19 proc. od zysków z lokaty). Mało który bank płacił tyle za standardowy depozyt. Średnie oprocentowanie najlepszych depozytów wynosiło rok temu 2 proc.

Jaka część dziś zakładanych depozytów może przynieść realną stratę przy założeniu, że inflacja utrzyma się w okolicach 1,8 proc. przez kolejny rok? Już na starcie trzeba powiedzieć, że z 660 mld zł, które mamy w bankach, szansę na utrzymanie realnej wartości ma połowa. Tylko 291 mld zł naszych bankowych oszczędności stanowią bowiem depozyty terminowe. Reszta to kasa na ROR-ach (nieoprocentowana) oraz na kontach oszczędnościowych. W kilku małych bankach pozwalają wciąż nieźle zarobić, ale promocyjny procent obowiązuje tylko przez trzy-cztery miesiące, zaś oferta jest dostępna jedynie dla nowych klientów lub nowych środków.

W PKO BP oprocentowanie podstawowego konta oszczędnościowego wynosi 0,5 proc. W Banku Pekao standardowe oprocentowanie konta Dobry Zysk dla kwot poniżej 100 tys. zł wynosi jedynie 0,2 proc. w skali roku. W BZ WBK mają Konto Max Oszczędnościowe, które płaci 0,5 proc. w skali roku.

Może chociaż w depozytach jest lepiej?

Z danych KNF wynika, że 75 proc. rynku depozytów kontroluje tylko dziesięć największych banków, zaś z moich obliczeń wychodzi, że tylko cztery największe banki - PKO BP, Pekao, BZ WBK, mBank - kontrolują co najmniej 44 proc. naszych oszczędności. Zakładam, że dotyczy to również depozytów terminowych, więc zerknąłem na ofertę depozytową "wielkiej czwórki", by sprawdzić, czy jest w niej jakakolwiek szansa na zysk przekraczający 2,2 proc., czyli bieżący poziom inflacji powiększony o podatek Belki.

Standardowa internetowa lokata 12-miesięczna w PKO BP płaci - w zależności od salda - tylko 1,1-1,3 proc. Nieco więcej można wycisnąć z przywróconego ostatnio do macierzy "żubra" - Bank Pekao płaci za lokatę roczną zakładaną przez internet 1,55 proc. Standardowy depozyt w BZ WBK - jeśli założymy go przez internet - ma oprocentowanie 1 proc. i jest rolowany co miesiąc (bez gwarancji, że w następnym miesiącu oprocentowanie będzie takie samo). mBank zapłaci 1,7 proc., ale tylko za nowe środki i tylko na dziewięć miesięcy.

Wychodzi na to, że gdyby utrzymała się inflacja na obecnym poziomie, to na depozytach terminowych, które przechowujemy w czterech największych bankach (ok. 135 mld zł), realnie stracimy. Pozostaje jeszcze 155 mld zł depozytów, które trzymamy w mniejszych bankach. Być może część z nich da oprocentowanie 2,2 proc. lub wyższe, ale... tu też nie jestem optymistą. Dla większości z nas zakładanie dziś nowego depozytu oznacza walkę o jak najmniejszą realną stratę, a nie o realny zysk.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.