Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wypowiedzenie kredytu i jego postawienie w stan natychmiastowej wymagalności to teoretycznie najcięższa sankcja, która może spotkać pożyczkobiorcę. Dolegliwość tej sankcji jest podwójna, jeśli rzecz dotyczy kredytu frankowego. Tu bowiem dochodzi automatyczne przewalutowanie długu na złote po niekorzystnym kursie. Można się wystraszyć, choć tak naprawdę rzadko kiedy wypowiedzenie kredytu jest bezwarunkowe. Przeważnie banki traktują je jako rodzaj "zaproszenia" do negocjacji.

Oczywiście są to specyficzne "negocjacje", bowiem klient występuje w nich w pozycji klęczącej. I o to bankowi chodzi. Pytanie, czy w ten sposób wolno z klientami "negocjować".

Wypowiedzenia kredytów nie bez powodu są "warunkowe". Tak naprawdę zerwanie umowy kredytowej to dla banku średni interes. Dostaje do zagospodarowania nieruchomość, którą musi sprzedać za pół ceny, a klient nadal jest w długach. Lepszym pomysłem jest ugoda, na którą wystraszony klient się godzi i pod pistoletem spłaca nawet takie raty, na które - jak mu się wydawało - go nie stać.

Sęk w tym, że taka "zabawa" z klientem, mająca znamiona regularnej tresury, może być ryzykowna także dla banku. Wpadł mi niedawno w ręce wyrok, po którego lekturze bankowcy bawiący się z kredytobiorcami w kotka i myszkę mogą przestać czuć się tak pewnie jak dotychczas.

Rzecz dotyczy kredytu udzielonego najprawdopodobniej przez bank Santander Consumer (co prawda w kopii uzasadnienia wyroku nazwa banku została "wygumkowana", ale jest kilka szczegółów, które wskazują, że chodzi właśnie o tę instytucję finansową) o wartości 106 tys. zł, indeksowanego do franka szwajcarskiego. Klienci przestali spłacać kredyt i na początku 2015 r. bank wystawił tytuł egzekucyjny. Po kilkunastu dniach sąd zatwierdził go, ale klienci złożyli sprzeciw przeciwegzekucyjny, powołując się na wiele nieprawidłowości - delegalizację BTE przez Trybunał Konstytucyjny, abuzywne klauzule w umowie kredytowej (na tej podstawie dowodzili, że bank nieprawidłowo wyliczył wartość zadłużenia w złotych) oraz jeszcze kilka rzeczy. Część z nich sąd uwzględnił, większość odrzucił, ale nie o to dziś chodzi.

Zwróciłem uwagę na coś innego - sąd, uznając częściowo argumentację klientów, stwierdził, że bankowy tytuł egzekucyjny został wystawiony wadliwie, bez przyczyny. A to dlatego, że... w ogóle nie doszło do skutecznego wypowiedzenia umowy! Sędzia napisał w uzasadnieniu, że w piśmie skierowanym do dłużnika bankowcy wezwali go do uregulowania należności, jednocześnie dodając, że w przypadku niespełnienia tego warunku bank będzie uważał, że umowa została wypowiedziana.

"Zdaniem sądu pozwany powinien wezwać do zapłaty i przypomnieć o terminach wypowiedzenia, a następnie, w kolejnym piśmie wypowiedzieć umowę (...). Wypowiedzenie umowy, jako jednostronne oświadczenie woli o charakterze prawno-kształtującym nie może zostać uczynione z zastrzeżeniem warunku. Dopuszczenie takiej możliwości pozostawałoby w sprzeczności z istotą tego rodzaju czynności, której celem jest definitywne uregulowanie łączącego strony kontraktu".

Czytaj też: Bank chciał być sprytny i zamienił ubezpieczenie na prowizję. Klient poszedł do sądu i... wygrał zwrot kasy Czytaj też: Bank kazał jej zapłacić 100 zł za nieużywane konto. Wyprowadziła kontrę i... Czytaj też: Ale awaria. Po cichu musieli wymazać z regulaminu promocji słówko "lub", bo za dużo osób się chciało zapisać

Wyrok, który został ogłoszony przez Sąd Okręgowy we Włocławku, rzuca nowe światło na kwestię wypowiadania umów kredytowych. Banki bardzo często wypowiadają je tak, żeby w rzeczywistości sprawę dało się jeszcze odkręcić, o ile klient wystarczająco się wystraszy. Okazuje się, że w takiej sytuacji można spróbować przekonać sąd, że wypowiedzenie w ogóle nie było wypowiedzeniem. I na tej podstawie nie tylko powstrzymać komornika, lecz także "przywrócić" kredyt.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.