Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Płyty winylowe

Kilka lat temu do łask wróciły gramofony i płyty winylowe. I chociaż wiele osób słucha muzyki z plików mp3 na smartfonie czy komputerze, winyle nadal mają rzesze fanów.

– Kiedyś kolekcjonowałem kasety, potem płyty CD, ale to płyta winylowa daje najlepszej jakości dźwięk – tłumaczy Pan Winyl, czyli Tomasz Olszewski, kolekcjoner i właściciel sklepu Winylowo.com. – Dźwięk z CD jest sterylny, a człowiek potrzebuje naturalnego szumu wydzielanego przez kontakt igły z płytą winylową. Poza tym wydaje mi się, że chodzi też o okładki, które w dużym formacie – są atrakcyjne wizualnie – dodaje.

Winyl wymusza też na nas wysłuchanie całości dzieła, a nie tylko poszczególnych piosenek.

W czym jeszcze przejawia się przewaga winyli nad innymi nośnikami?

W czasach, gdy wydawano winyle, nie było remasteringu, czyli cyfrowego poprawiania dźwięku. Muzyka z płyty brzmiała tak, jak ją nagrano w studiu, ze wszystkimi niedoskonałościami wynikającymi z ówczesnych możliwości technicznych. Dzisiaj producenci, wiedząc, co się podoba młodzieży, podbijają sztucznie dynamikę dźwięku i eliminują nieczystości – mówi Marcin Czajkowski, właściciel sklepu Gramofonia.com.

Amatorzy płyt winylowych to nie tylko kolekcjonerzy i audiofile, ale też ci, którzy ulegają modzie. – Miałem kiedyś klienta, który powiedział, że musi kupić 85 płyt, bo takiej długości ma półkę – wspomina Czajkowski.

Ile to kosztuje? Ceny przeciętnego winyla wahają się od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych. Za bardziej unikatowe egzemplarze trzeba zapłacić kilkaset, a nawet kilka tysięcy złotych.

– Płyta winylowa to dobra inwestycja – mówi Czajkowski. – Można zrobić całą listę wydań, za które zapłacimy kilkaset złotych, i mieć pewność, że ich wartość nie spadnie, a po kilku latach osiągnie nawet kilka tysięcy – opowiada.

Przykłady? Pierwsze brytyjskie wydanie płyty Davida Bowiego – „David Bowie”, które jeszcze niedawno można było kupić za kilkaset złotych, kosztuje obecnie ponad 2 tys. euro. Australijskie jest dużo droższe i praktycznie nie do zdobycia. Za pierwszy album Beatlesów – „Please Please Me” – zapłacimy z kolei aż 10-12 tys. funtów. To dlatego, że na świecie jest go tylko kilkaset sztuk. – Gdybym miał kupować płytę na inwestycję, to udałbym się do USA albo do Anglii i tam poszukał płyt Pink Floyd lub The Beatles. Można na nie wyłożyć kilka tysięcy złotych i mieć dwa razy tyle za parę lat – radzi Olszewski. Takich unikatów nie brakuje też na naszym rodzimym rynku. Cena pierwszego albumu Kazika Staszewskiego dochodzi do nawet 800 zł. Ale za większość płyt, które możemy znaleźć na strychu, dostaniemy maksymalnie 20-30 zł.

Płyta winylowa - ile kosztuje i kto na niej zarabiaPłyta winylowa - ile kosztuje i kto na niej zarabia 

Porcelana

Zaczęło się od jednej filiżanki, z czasem kolekcja zaczęła się powiększać. Chce się mieć porcelanę jeszcze ładniejszą, jeszcze starszą – opowiada o swoich początkach Agnieszka Szczęsna, kolekcjonerka porcelany. – Pasjonaci doceniają ją ze względów estetycznych, poczucia kruchego piękna – tłumaczy Adrian Kurowski, kierownik galerii i znawca porcelany z Sopockiego Domu Aukcyjnego.

Na jednym z popularnych portali ogłoszeniowych znajdziemy około 10 tys. ofert. Filiżankę czy talerz Lubiany kupimy już za kilka złotych. Za najdroższą pozycję – serwis obiadowy pochodzący z lat 1850-1924 dla 12 osób z manufaktury Miśnia – zapłacimy prawie 17 tys. zł.

– Średnia cena niedużego talerza z Serwisu Łabędziego z Miśni to ok. 50 tys. zł – zauważa Kurowski. – Cena porcelany zależy głównie od popytu. Jeśli mamy na rynku dwóch milionerów, którzy licytują poszczególne części do 50 tys. dolarów, to trudno, żeby potem ceny spadały. Istnieją też egzemplarze rzadsze, pochodzące z mniejszej produkcji. Na przykład w zbiorach muzealnych znajdują się pojedyncze obiekty z polskiej XIX-wiecznej wytwórni z Tomaszowa Lubelskiego. Gdyby taka filiżanka trafiła na rynek, to miałaby kosmiczną cenę – opowiada.

Ale zbieracze porcelany to także zwykli śmiertelnicy. Facebookowa grupa „Kolekcjonerzy porcelany” założona przez Szczęsną liczy obecnie ponad 4,5 tys. członków i rozrasta się w imponującym tempie. Sama na swoje hobby wydaje miesięcznie ok. 200-300 zł, głównie na giełdach staroci.

Czy porcelana to dobra inwestycja? Tak, o ile kupimy coś okazyjnie. – Zdarzało mi się kupić na giełdach staroci filiżankę z niemieckiej renomowanej wytwórni za 30 zł. Jeśli jest w idealnym stanie, to można ją potem sprzedać za 150-180 złotych – wyjaśnia Szczęsna. – W 2000 r. można było kupić talerz z manufaktury z Baranówki na Wołyniu za 500 zł. Aktualnie w antykwariacie jego cena wynosi około 2,5 tys. zł – dodaje ekspert z Sopockiego Domu Aukcyjnego. Z drugiej jednak strony trudno przewidzieć, jaka będzie się cena porcelany po kilkunastu latach.

Jeśli chcemy na naszych obiektach zarobić, należy o nie bardzo dbać. Już mały uszczerbek powoduje, że jego cena drastycznie spada. – Porcelana uszkodzona praktycznie przestaje na rynku istnieć. Podobnie jeśli jest niekompletna – serwis bez jakiejś części albo filiżanka bez podstawki są nic niewarte – podkreśla Szczęsna.

Jedno jest pewne. Inwestycję w porcelanę najlepiej rozpocząć od inwestycji we własną wiedzę.

– Trzeba się dobrze przygotować – poczytać literaturę, uczyć się na rzeczach mniej okazałych, by stopniowo zauważać coraz droższe i ciekawsze obiekty – podkreśla Kurowski. – Jeśli nie jesteśmy zorientowani w temacie i kupimy porcelanę na zwykłym bazarze, to szansa, że trafi nam się coś unikatowego, jest jak w totolotku – zauważa.

Główną trudnością jest znajomość sygnatur – bo tych jest co niemiara, tak jak i wytwórni. Jeśli nie mamy odpowiedniej wiedzy o porcelanie, grozi nam przepłacenie albo kupno podróbki.

Zegarki vintage

Maciej Kopyto, kolekcjoner zegarków, autor bloga Manufaktura Czasu i właściciel portalu Zegarkiipasja.pl, zauważa rosnące zainteresowanie mechanicznymi zegarkami. – One mają duszę, wymagają od właściciela opieki i uwagi. Trzeba je nakręcać, serwisować, niemalże z nami żyją – tłumaczy.

Ta pasja może być jednak kosztowna. Za dobry zegarek zapłacimy od kilkuset złotych do nawet kilkudziesięciu tysięcy.

Wymarzone modele kolekcjonerów? Heuer Autavia – na aukcji internetowej jego ceny wahają się od 12 tys. zł do 50 tys. zł, Omega Speedmaster – od 8 tys. zł do 60 tys. zł czy też Zenith El Primero – od 9 do 45 tys. zł. Niektóre egzemplarze osiągają ceny nawet wyższe.

Ale o zwrot z inwestycji łatwo nie jest. – Gdy za zegarek wart 2 tys. zł zapłacimy 4 tys. zł, nie mamy co liczyć na to, że sprzedamy go za cenę, po jakiej go kupiliśmy. Jeśli jednak ktoś kupi zegarek po cenie odpowiadającej mniej więcej jego aktualnej wartości rynkowej, to raczej nie powinien na nim stracić. Ale znam też osobę, która za 1,2 tys. zł kupiła zegarek wart około 5 tys. zł. Wystarczyło przeznaczyć kilkaset złotych na naprawę – opowiada Kopyto.

Cena zależy od wielu czynników. Na przykład od stopnia zachowania zegarka. Jeśli jest to stan magazynowy – tak zwany NOS [ang. New Old Stock – nowy stary towar], czyli zegarek nie był używany, ma pełną dokumentację i pudełko, będzie on kilkakrotnie droższy niż dokładnie ten sam model, ale w gorszym stanie.

Na cenę wpływa też wielkość produkcji. Legendarny wspominany już model Zenith El Primero produkowano w latach 1969-75, łącznie ok. 18 tys. egzemplarzy. Dzisiaj popularne wersje zegarków produkowane są w liczbie kilkudziesięciu tysięcy sztuk rocznie.

Nie bez znaczenia przy wycenie zegarka jest jego marka i kraj produkcji. Niektóre postrzegane są jako luksusowe, jak np. szwajcarskie czy niemieckie.

Oprócz tego na wartość zegarka składa się też stopień skomplikowania mechanizmu – czyli jak wiele ma funkcji. Są takie mechanizmy, których stworzenie zajęło markom kilka lat.

Według eksperta cena zegarków wartych dziś kilka tysięcy złotych będzie co roku wzrastać o kilka procent. Dotyczy to jednak tylko modeli starszych. Nowe zegarki tracą na wartości. Bywa, że właściciele kosztownych zegarków trzymają je w sejfie i nigdy ich nie noszą. Po co więc je kupować? – Tu chodzi o adrenalinę, chęć upolowania tego, co sobie upatrzyliśmy – kwituje ekspert.

Sztuka użytkowa

Jeszcze do niedawna komunistyczny wystrój mieszkań uznawany był za wadę. „Bez PRL-u”, „bez Gierka” – czytaliśmy w ogłoszeniach o wynajmie lokum. Ale teraz sztuka użytkowa poprzedniej epoki przeżywa odrodzenie.

Jak zauważa Beata Bochińska, historyczka designu, zainteresowanie przedmiotami z połowy XX wieku dotyczy nie tylko Polski, ale całego świata. Zdaniem ekspertki ten trend jest wyrazem tęsknoty cyfrowego pokolenia za przejawami analogowego, spokojniejszego życia.

Modę na PRL we wnętrzach potwierdza także Anna Ryplewska, architektka wnętrz z Pracowni Aranżacja. – Jakość wykonania, trwałość, a także często ciekawy design mebli i wyposażenia z tamtego okresu pozwalają wykorzystywać je do współczesnych aranżacji – mówi. Oprócz mebli kolekcjonowana jest także porcelana, szkło czy tkaniny z tamtego okresu.

Krzesło 'Muszelka'  projektu Teresy KruszewskiejKrzesło 'Muszelka' projektu Teresy Kruszewskiej 

– Nie tyle ważny jest typ przedmiotów, ile jakość ich projektu – podkreśla Bochińska. Coraz bardziej rozpoznawalne stają się nazwiska projektantów znanych przedtem jedynie koneserom. To znaczy, że oczy kolekcjonera zabłysną tylko na widok niektórych przedmiotów z czasów PRL-u. Do najbardziej pożądanych przez amatorów designu należą projekty Jana Sylwestra Drosta, Eryki Trzewik-Drost, Zbigniewa Horbowego (szkło), a także Wincentego Potackiego, Lubomira Tomaszewskiego, Danuty Duszniak (porcelana). Z mebli perełkami są meble profesora Rajmunda Hałasa, fotele Józefa Chierowskiego, krzesło Muszelka Teresy Kruszewskiej. Ile kosztują te rarytasy?

Słynny fotel Chierowskiego 366, po renowacji, znajdziemy na portalu ogłoszeniowym za 200-1000 złotych. Te kupić stosunkowo łatwo. Trudniej o krzesło Muszelka, porcelanowy serwis Dorota czy Prometeusz. Jeśli pojawiają się oferty sprzedaży, nie schodzą poniżej tysiąca złotych. Tanio za to można ciągle kupić szkło z huty w Ząbkowicach (patery Drostów) czy kamionkę z Mirostowic (serwisy Adama Sadulskiego) – w cenie 50-100 zł.

Krzesło 366 Józefa ChierowskiegoKrzesło 366 Józefa Chierowskiego 

Jeszcze mniej kosztują przedmioty anonimowe, ale w klimacie epoki. Przykładowe oferty z internetu: dwa fotele z drewnianymi podłokietnikami, po renowacji, można kupić za 450 zł. Lampkę z lat 50. za 150 zł, a trapezową szafkę na telewizor za 700 zł.

Cena mebli zależy także od tego, czy zostały one odnowione. Kilkudziesięcioletnie elementy wyposażenia wymagają bowiem odświeżenia – wymiany obicia czy lakierowania. – Jeśli planujemy kupić odnowione meble z okresu PRL-u, które wyglądają po przerobieniu tak, jakby dopiero wyjechały z taśmy produkcyjnej, trzeba się liczyć z wydatkami kilkakrotnie większymi niż w przypadku zakupu tych elementów w stanie dotychczasowym – zauważa Ryplewska.

Cena pełnej renowacji wynosi od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Przykładowo renowacja mebli obiciowych to minimum 750 zł. Dlatego część osób decyduje się na samodzielne odnawianie. – Obiekty szczególnie cenne oddałabym w ręce fachowców. Zniszczony obiekt, czyli na przykład przemalowany czy „kreatywnie odnowiony”, przestaje być dla kolekcjonera interesujący. Dlatego warto uszanować projekt i ideę twórcy – sugeruje Bochińska.

Gdzie kupować? Wiele obiektów znajdziemy w internecie i to nie tylko na popularnych portalach aukcyjnych i ogłoszeniowych, ale także na platformach specjalizujących się w sprzedaży dawnego designu (na przykład Patyna.pl). Pewną opcją są także giełdy staroci i domy aukcyjne.

A co zrobić, żeby nie kupić bubla? Ci, którzy na panującym trendzie chcą zarabiać, mają wiele możliwości. – Począwszy od specjalistycznego transportu, poprzez renowację, wycenę, katalogowanie, fotografowanie, aż po profesjonalną sprzedaż, wystawiennictwo, organizowanie aukcji czy tworzenie kolekcji na zamówienie – podpowiada Bochińska. – Design daje dzisiaj szansę na dobrą lokatę, zwłaszcza że zaczynają się o niego upominać rynki międzynarodowe. Niedawno bardzo korzystnie sprzedałam sporo obiektów do Japonii i USA – kwituje. f

UWAGA NA PODRÓBKI

Nieuczciwi sprzedawcy wiedzą, jakie rzeczy mają powodzenie. Te, na których można więcej zarobić, najczęściej są podrabiane. Dotyczy to i porcelany z najbardziej znanych manufaktur (Miśnia, Sevres, Korzec, RS Prussia), i drogich zegarków, i sztuki użytkowej. Na aukcjach internetowych można zobaczyć na przykład współcześnie zdobione patery w „picassowski” wzór. Ważne, by kojarzyło się z latami 60. W przypadku zegarków należy dokładnie przyjrzeć się zdjęciom zegarka – tarczy, indeksom, napisom, sprawdzić, czy nie ma błędów w nazwie i czy numer referencyjny odpowiada sprzedawanemu modelowi. Pewność oryginału mamy, tylko kupując w domach aukcyjnych. W innych przypadkach trzeba zaufać własnej wiedzy – dotknąć naczynia i obejrzeć je pod szkłem powiększającym.

– Wbrew pozorom łatwiej dochodzić swoich praw, gdy kupujemy w internecie. Tam, w przeciwieństwie do świata rzeczywistego, pozostaje ślad informacji, jaka została podana. Nakłaniam też do współpracy z ekspertami, którzy mogą pomóc w wycenie i sprawdzeniu autentyczności obiektów, zwłaszcza przy wyższych transakcjach – mówi Beata Bochińska.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.