Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W krajach już solidnie rozwiniętych, do których zalicza się Polska, żyje się coraz dłużej. Ostatnio opublikowano wyniki badań Imperial College London oraz World Health Organization (Światowej Organizacji Zdrowia), z których wynika, że urodzone w 2030 r. południowokoreańskie kobiety będą miały aż 57 proc. szans, by dożyć 90 lat, zaś z prawdopodobieństwem sięgającym 97 proc. będą dożywały 86 lat. Tak! 86 lat życia prawie jak w banku! A może i więcej. To dlatego, że się zdrowo odżywiają (nie miewają nadciśnienia ani nadwagi) i będą dość zamożne, a więc zapewnią sobie dostęp do najwyższej jakości służby zdrowia.

W Polsce dziś średnia długość życia to 78 lat. I rośnie. Z tych samych badań wynika, że mężczyźni i kobiety, którzy urodzą się w 2030 r. w Polsce będą mieli o 4-5 lat dłuższe średnie życie niż osoby, które rodzą się dziś. A obecnie żyjemy średnio o 8-9 lat dłużej niż jeszcze 30 lat temu.

Emerytura? Tylko 40 proc. wynagrodzenia

Dłuższe życie oznacza, że większą jego część spędzamy na emeryturze. Jeśli założymy, że kończymy pracę w wieku 60-65 lat (w zależności od regulacji prawnych), to mówimy już o dobrych kilkunastu latach spędzonych na emeryturze! A może i dwudziestu. Co to oznacza?

Wygląda na to, że czas zdefiniować na nowo ten etap życia, który spędzamy aktywnie zawodowo. Jeśli zaczynamy pracę w wieku 20-25 lat, kończymy w wieku 60-65 lat, po czym kolejnych prawie 20 lat spędzamy na emeryturze, to okres pracowniczy jest tylko dwa razy dłuższy niż „najdłuższe wakacje życia”, czyli emerytura.

Raczej nie możemy liczyć na to, że te wakacje sfinansuje nam państwo. Większość z nas po zakończeniu kariery zawodowej będzie otrzymywała mikroemeryturkę pozwalającą co najwyżej na wegetowanie. Nie będzie to więcej niż 30-40 proc. standardowego wynagrodzenia z czasów pracy.

Pojawiły się też ostatnio pomysły „emerytury obywatelskiej”. A więc każdy z nas dostawałby od państwa równą emeryturę minimalną – 1000 zł miesięcznie. A resztę musiałby sobie zorganizować samodzielnie – odkładając pieniądze w ramach pracowniczych programów emerytalnych, oszczędzając na kontach IKE, IKZE, w funduszach inwestycyjnych, obligacjach lub innych odmianach tzw. trzeciego filaru.

Jak policzyć, ile kapitału na emeryturę musisz zgromadzić? Cóż, z jednej strony na „najdłuższe wakacje życia” nie potrzeba wielkich pieniędzy, bo: a) nie ma już dzieci na utrzymaniu, b) kredyty, ze szczególnym uwzględnieniem tych hipotecznych, zwykle są spłacone, c) potrzeby rozrywkowe są mniejsze.

Z drugiej zaś: a) coraz więcej wydajemy wtedy na zdrowie (przydałby się dostęp do prywatnych lekarzy), b) mamy więcej czasu na podróżowanie i zwiedzanie świata, c) z dekady na dekadę rosną możliwości wynikające z zastosowań nowych technologii, warto mieć pieniądze, żeby z tego korzystać.

Żeby nie żyć biedniej niż teraz

Amerykanie szacują, że w emerytalnym okresie życia trzeba zgromadzić pieniądze odpowiadające 80 proc. przeciętnych zarobków z czasów, gdy się pracowało. Takie pieniądze pozwolą na komfortowe spędzenie tych 20 lat, w których mamy najwięcej wolnego czasu i najwięcej pomysłów na realizację marzeń, których nie mieliśmy czasu zrealizować, bo… pracowaliśmy i zajmowaliśmy się dziećmi.

Załóżmy więc, że bazowa porcja miesięcznych kosztów życia podczas emerytury wynosi 80 proc. przeciętnej pensji, która w czasach aktywności zawodowej zapewniała nam status „młodych bogów”, czyli ludzi mających pieniądze na wszystkie podstawowe potrzeby plus jeszcze na trochę przyjemności.

Jak policzyć, ile dokładnie będziesz potrzebował?

Przykład 1.

Jeśli zarabiasz dziś 4 tys. zł netto miesięcznie, to oznacza, że roczny dochód masz na poziomie 50 tys. zł. 80 proc. tej kwoty to 40 tys. zł. Jeśli przejdziesz na emeryturę w wieku 65 lat (nawet jeśli rząd pozwala przejść wcześniej, to przecież nie ma przymusu), zaś średnia życia w Polsce wynosi 78 lat, to będziesz na emeryturze potrzebował mniej więcej 500 tys. zł. Tyle wynika z przemnożenia 80 proc. średniego dochodu z czasów aktywności zawodowej przez szacowaną liczbę lat pozostawania na emeryturze.

Pół miliona to dużo, ale oczywiście część z tej kwoty wypłaci ZUS. Jak dużą? W przypadku wynagrodzenia wynoszącego mniej więcej 4 tys. zł na rękę (czyli półtorej średniej krajowej) kalkulatory pokazują, że ZUS wypłaci mniej więcej 25-35 proc. dochodów z okresu pracowniczego.

To oznacza, że we własnym zakresie trzeba zadbać „tylko” o dwie trzecie przyszłego dochodu po przejściu na emeryturę. Czyli w tym konkretnym przypadku – jedną trzecią z 500 tys. zł powinno zapewnić nam państwo, zaś o resztę – 330 tys. zł – musimy zadbać sami.

Ile miesięcznie trzeba oszczędzać, żeby uzbierać 330 tys. zł i żeby starczyło do końca życia? To oczywiście zależy od okresu oszczędzania (kiedy zaczniesz) oraz od oprocentowania pieniędzy. Zakładam, że wyciśniesz z oszczędności długoterminowo 4 proc. w skali roku.

Mając dziś 40 lat i zarabiając 4 tys. zł na rękę, trzeba zacząć odkładać po 630 zł miesięcznie. Mając 30 lat, wystarczy tylko 350 zł miesięcznie. To magia procentu składanego. Im dłużej oszczędzasz, tym nieproporcjonalnie mniej musisz dokładać co miesiąc, żeby uzbierać docelową kwotę. Gdyby rzecz dotyczyła kilkulatka, którego rodzice zaczynają odkładać pieniądze już na starcie jego życia, a potem on przejmuje od nich ten obowiązek, to 3200 zł emerytury (wypłacanej przez 13 lat) mógłby ów osesek uzbierać za 100 zł miesięcznej składki.

630 zł to niemało, ale dla kogoś, kto zarabia na czysto 4 tys. zł miesięcznie, to 15 proc. jego wynagrodzenia. Jeśli ten ktoś nie jest przekredytowany (np. rata kredytu hipotecznego nie przekracza 40-50 proc. jego miesięcznego dochodu), to powinien móc sobie pozwolić na taką składkę. To nie jest odejmowanie sobie od ust – to jest inwestowanie w przyszłość, w dostatnie życie po zakończeniu kariery zawodowej. I w to, żeby po przejściu na emeryturę życie było jeszcze bardziej kolorowe niż przed nim.

Przykład 2.

Jeśli teraz zarabiasz 2,5 tys. zł na rękę, to 80 proc. tej kwoty (twoje zapotrzebowanie emerytalne) wynosi 2 tys. zł miesięcznie. Jeśli wiek emerytalny wynosi 65 lat, a ty będziesz żył przeciętnie 78 lat, to potrzebujesz łącznie uzbierać jakieś 310 tys. zł. Załóżmy, że będzie ci przysługiwać coś w rodzaju „emerytury obywatelskiej” z ZUS – 1000 zł. Drugi tysiąc musisz sobie zorganizować sam. A więc już dziś zadbać, żeby mieć po 65. roku życia ponad 150 tys. zł. Jeśli jesteś kobietą, to 200 tys. zł, bo kobiety żyją dłużej. Żeby ten cel osiągnąć, to mając przed sobą 35 lat pracy – przy założeniu, że odkładane systematycznie pieniądze będą pracowały w tempie 4 proc. rocznie (to średnia długoterminowa, dziś może to być mniej, ale kiedyś da się nawet z banku wycisnąć więcej) – powinieneś odkładać mniej więcej 170-200 zł miesięcznie. To mniej więcej… 8-10 proc. obecnego wynagrodzenia. Znośnie. Kobieta powinna odkładać 200-250 zł miesięcznie (jeśli do emerytury ma więcej niż 35 lat, to może to być kwota mniejsza). PAMIĘTAJ! Składki oszczędności na prywatną emeryturę trzeba co roku korygować o inflację, by nie okazało się, że za 30 lat mamy – owszem – tyle oszczędności, ile założyliśmy, ale tylko nominalnie, bo ich realna wartość jest np. o połowę mniejsza.

Jak się zabrać do prywatnego oszczędzania?

W grę wchodzą zarówno domowe sposoby, jak i korzystanie z wehikułów przygotowanych specjalnie dla oszczędzających na emeryturę.

Te domowe sposoby to np. przelewanie określonej kwoty – stałej lub będącej określonym procentem od comiesięcznych dochodów – na konto oszczędnościowe. Kiedy na tym koncie pojawi się co najmniej 10 tys. zł, połowę tych pieniędzy umieszczamy na jakiejś lokacie. I znów gromadzimy pieniądze na koncie oszczędnościowym. Kiedy mamy już kilka lokat po 5 tys. zł, to za kolejną porcję pieniędzy kupujemy np. dziesięcioletnie obligacje rządowe. A potem – gdy na lokatach i w obligacjach mamy już 50 tys. zł – zaczynamy się interesować funduszami inwestycyjnymi. I w ten sposób gromadzimy coraz większe pieniądze z myślą o „najdłuższych wakacjach”.

Druga opcja to IKE i IKZE, czyli specjalne opakowania emerytalne dla naszych pieniędzy. Pieniądze, które umieścimy w ramach IKE w banku, funduszu inwestycyjnym, na polisie ubezpieczeniowej lub w biurze maklerskim, i zadeklarujemy, że nie wypłacimy ich przed emeryturą, będą zwolnione z podatku Belki. Wynosi on 19 proc. od każdej zarobionej złotówki i jest nam automatycznie odciągany z oprocentowania pieniędzy w banku lub zysków z funduszu.

Z kolei IKZE to także opakowanie emerytalne, ale o innej konstrukcji. Jeśli twoje oszczędności będą ulokowane w miejscu oznaczonym jako IKZE, przysługuje za to nagroda, czyli ulga podatkowa. Niestety, jej wartość maksymalna jest limitowana – konto IKZE można w 2017 r. napełnić maksymalnie do kwoty 5115 zł. Nawet jeśli ktoś wpłaci więcej, pieniądze nie zostaną zaksięgowane, lecz wrócą tam, skąd napłynęły.

Limit jest wprowadzony po to, by ograniczyć korzyści podatkowe dla najbogatszych, którzy mogliby wpłacać na IKZE nawet i grube miliony. Wielkość ulgi podatkowej zależy od tego, w jaki sposób rozliczamy się z podatku PIT i w jakim progu podatkowym się znaleźliśmy. Jeśli jesteście zwykłymi Polakami szarakami i płacicie 18 proc. podatku, to właśnie taki procent możecie odpisać od tego, co wpłaciliście – lub jeszcze wpłacicie – w tym roku na IKZE.

Polisy na emeryturę

Ubezpieczyciele oferują z kolei polisy na emeryturę dające gwarantowaną wypłatę ustalonej kwoty. Płacisz określoną kwotę miesięcznie, a firma ubezpieczeniowa gwarantuje, że wypłaci ci za 20-30-40 lat konkretną sumę. Kasę można zabrać do domu od razu albo firma będzie wypłacać prywatną emeryturę w miesięcznych ratach przez określony czas (np. przez 10-15 lat), albo nawet dożywotnio (ten wariant jest dostępny tylko w niektórych firmach).

Firma przejmuje więc ryzyko wynikające z lokowania pieniędzy na rynku kapitałowym i gwarantuje wypłatę niezależnie od tego, czy na giełdach będą hossy, czy bessy.

W ramach takiej polisy emerytalnej klient oprócz odkładania pieniędzy na emeryturę ma również realną ochronę ubezpieczeniową. To polisa na życie na wypadek, gdyby nie dożył prywatnej emerytury. Jednak zwykle nie jest to najbardziej efektywny sposób lokowania pieniędzy na emeryturę, choć bardzo wygodny. Z reguły firma ubezpieczeniowa wypłaca w formie emerytury tylko tyle, ile my wpłaciliśmy w składkach. Cały zysk lub jego większość wynikającą z lokowania tych pieniędzy na rynku kapitałowym ubezpieczyciel zatrzymuje jako swój zysk.

Niezależnie od tego, którą formę oszczędzania na emeryturę przyjmiesz, ważne jest, by zrobić cokolwiek. I żeby zacząć jak najwcześniej.

A gdyby założyć wzrost wynagrodzeń?

Pośrednik finansowy Expander przeprowadził ostatnio swoje wyliczenia na temat tego, ile trzeba odkładać na emeryturę, i wyszło mu coś nieco mniej optymistycznego. Według Expandera, żeby uzyskać emeryturę w wysokości 70 proc. obecnego dochodu z pracy – przy założeniu, że 30 proc. pokryje ZUS, a 40 proc. musimy wypracować sami – trzeba odkładać przez 40 lat po 20-40 proc. miesięcznych dochodów w zależności od tego, czy pieniądze będą pracowały w tempie 1,5 proc. rocznie, czy 6 proc. rocznie. Wyliczenia Expandera przyniosły mniej optymistyczne wyniki (wyższe kwoty miesięcznie do odłożenia), bo analitycy tego pośrednika wzięli pod uwagę wzrost wynagrodzeń.

Dziś są o ok. 60 proc. wyższe niż 10 lat temu. To oznacza, że po 40 latach możemy zarabiać już 6,5 razy więcej niż w momencie, gdy zaczynamy swoją karierę zawodową. Zdaniem pośrednika pieniądze odłożone na początku mają więc bardzo niewielką wartość w stosunku do naszego wynagrodzenia, które otrzymamy tuż przed emeryturą.

W moich wyliczeniach inflacja, z której częściowo wynika wzrost płac, została uwzględniona, ale rzeczywiście nie wziąłem pod uwagę, że w czasie „dochodzenia” do emerytury możemy się przyzwyczaić do nieco innej pensji niż obecna.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.