Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Podniesienie kwoty wolnej od podatku nakazał w orzeczeniu z 2015 r. Trybunał Konstytucyjny. Badał ją na wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich i zgodził się z nim, że kwota wolna jest w Polsce za niska. Na tyle niska, że nawet osoby z dochodami mniejszymi od minimum egzystencji muszą płacić podatki. To naruszenie konstytucyjnej zasady sprawiedliwości społecznej. I nakazał podniesienie od początku 2017 r. kwoty wolnej co najmniej do poziomu minimum egzystencji. Czyli z dzisiejszych 3091 zł do przeszło 5000 zł rocznego dochodu.

W swoich kampaniach wyborczych PiS i Andrzej Duda obiecywali natychmiastową podwyżkę kwoty wolnej do 8000 zł. Prezydent złożył nawet w Sejmie projekt ustawy w tej sprawie. Cóż jednak z tego, skoro im dalej od wyborów, tym PiS i rząd mniej mówiły o kwocie wolnej. Początkowo mamiły podatników obietnicą jej podwyżki rozłożonej na lata. W końcu temat całkiem zarzuciły. W tej sytuacji pod koniec sierpnia RPO zapytał Ministerstwo Finansów, czy i jak zamierza zrealizować wyrok Trybunału. Pod koniec września dostał odpowiedź, z której wynika, że... prace nad podwyżką trwają. Bo w Sejmie są dwa projekty ustaw w tej sprawie. Wspomniany prezydencki i posłów Nowoczesnej, który zakłada podwyżkę kwoty wolnej do poziomu minimum socjalnego. "Mając powyższe na uwadze, informuję, iż zagadnienie dotyczące podwyższenia kwoty wolnej od podatku jest obecnie przedmiotem prac parlamentarnych oraz analiz rządu" - napisał do Adama Bodnara wiceminister finansów Leszek Skiba.

Złamanie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego?

Problem w tym, że rząd już oficjalnie mówi, iż podwyżki w 2017 r. nie będzie. To oznacza złamanie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. I ukrytą podwyżkę podatków. Fundacja CenEA policzyła, że przez zamrożenia kwoty wolnej i innych limitów w PIT gospodarstwa domowe zapłacą w przyszłym roku dodatkowo 2,3 mld zł.

Rząd obiecuje uwzględnienie wyższej kwoty wolnej w jednolitym podatku, który od 2018 r. miałby zastąpić PIT, składki na ZUS i NFZ. Czy tak się jednak stanie, nie wiadomo.

Wiadomo natomiast, że jednolity podatek będzie oznaczał obniżkę podatków dla części najsłabiej zarabiających podatników. Zrzucą się na nią osoby ze średnimi i wyższymi dochodami. Zapłacą więcej, bo na całej tej operacji budżet ma wyjść na zero.

Najpewniej zniknie też 19-proc. liniowy PIT od działalności gospodarczej. PiS - pisaliśmy o tym wielokrotnie - od dawna patrzy na tę formę opodatkowania krzywym okiem. - Wprowadzenie jednolitego podatku będzie oznaczało likwidację liniowego 19-proc. PIT dla prowadzących działalność gospodarczą. Nie ma powodu, by prezes spółki zarabiający milion rocznie płacił 19 proc., a ktoś zarabiający wielokrotnie mniej - 60 proc. - mówił w poniedziałek PAP Henryk Kowalczyk, minister w kancelarii premiera. - Jest decyzja polityczna, by nie było takiego uprzywilejowania najbogatszych - podkreślał. Problem w tym, że menedżerowie są zwykle zatrudnieni na kontraktach, które są wyłączone spod 19-proc. podatku.

PiS zapowiada też likwidację ograniczenia podstawy wymiaru składek na ZUS. Dziś wysokie wynagrodzenia oskładkowane są do poziomu nieco ponad 121 tys. zł. Od nadwyżki ponad tę kwotę składek już się nie płaci. Po likwidacji tego ograniczenia oskładkowane byłyby całe wynagrodzenia.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.